Blog

dwujezycznosc-zamierzona-efekty

Podsumowanie po 2 latach: dwujęzyczność zamierzona – efekty

Co udało nam się osiągnąć? Czy było łatwo? Co będzie dalej? Zapraszam na wpis.

Początek roku 2019. Mój maluch ma skończone dwa latka. Od około 4 miesięcy czytamy książeczki po angielsku, słuchamy aktywnie piosenek i powoli zaczynam się rozgadywać. Dziecko chłonie i domaga się więcej. Jest to niezwykle motywujące! Postanawiam, więc że biorę się za to „na serio”. Przekręcam gałkę na większą intensywność. Zaczynam mówić tyle, ile jestem w stanie. W zależności od dnia wychodzi mniej więcej 60-80% czasu po angielsku.

Wyzwanie intelektualne dla rodzica

Przyznaję, że w po części robiłam to dla siebie. Osoby zadaniowe takie jak ja bardzo cierpią, jak nie mają nic konkretnego do roboty. Lubię wyzwania, lubię się rozwijać i lubię działać. Projekt „mówię po angielsku w domu” przynosi korzyści nie tylko dziecku, ale i rodzicowi. Codzienna (już nudnawa) zabawa samochodzikami zmienia się w nową aktywność. Możemy zacząć rozjeżdżać kolorowe kałuże, ucząc się kolorów i nazw pojazdów tym razem w drugim, nowym języku. Ludziki LEGO przestają powtarzać te same dialogi – teraz trzeba się nieco wysilić, aby podłożyć głos do wesołego i nieco gapowatego pana śmieciarza. Na spacerach czeka na nas nowa rzeczywistość. „Altanka śmietnikowa”? „Śpiący policjant”? „Stacja transformatorowa”??? Swoją drogą już wiecie, dlaczego kompendia ze słownictwem English for Mummies and Daddies rozpoczynają się od części Outside. To właśnie na świeżym powietrzu zawsze spędzaliśmy większość naszego czasu i właśnie z tym miejsko-parkowym słownictwem miałam na początku najwięcej problemów. Podsumowując: Szukasz ćwiczeń za zakresu rozwoju osobistego? Brakuje Ci wyzwań intelektualnych na macierzyńskim? Zapraszam do dołączenia do wyzwania „dwujęzyczne wychowanie”. Rozwój gwarantowany;)

Pierwsze efekty

Pierwsze efekty przyszły bardzo szybko. Mogę się mylić w zeznaniach, bo nie jestem osobą, która skupia się na dokumentowaniu życia swojego i swojej rodziny. Nie lubię robienia zdjęć, uzupełniania albumów i prowadzenia pamiętniczków. Wolę skupić się na tym, co tu i teraz. Z euforii zapisałam jednak pierwsze samodzielnie skonstruowane zdania, które padły z ust mojego dziecka. Padły one w marcu, czyli mniej więcej 3 miesiące po tym, jak zaczęłam mówić po angielsku „na serio”. Wcześniej oczywiście pojawiały się pojedyncze słówka. A także pojedyncze zdania, ALE były one raczej zdaniami zapamiętanymi w całości jak „mummy, where are you?”. Prawdziwym przełomem są dla mnie wypowiedzi, które maluch kleci samodzielnie, pokazując tym samym dobitnie, że zaczyna przyswajać zasady budowania zdań w nowym języku. „Boy’s daddy came from work”, komentując powrót do domu któregoś z sąsiadów. „Daddy brought jam”, zaglądając do torby z zakupami. Nieregularne formy czasowników w czasie przeszłym się kłaniają, chociaż maluch nie wkuwał nocami tabelek say/said/said, drink/drank/drunk jak większość z nas za czasów szkolnych. Magic.

Błędy

Razem z tymi pięknymi formami pojawiały się oczywiście błędy, z których cieszyłam się na równi z pięknymi, poprawnie gramatycznymi zdaniami! Dlaczego? Bo one również oznaczają, że tak jak w przpadku nabywania języka ojczystego, dziecko wcale nas bezmyślnie nie papuguje, a rzeczywiście po prostu chłonie zasady i próbuje na własną rękę z nich korzystać. Tak jak po polsku dzieci mówią „pieseł” „poszłem” czy „idłem”, w drugim języku potrafią powiedzieć „childrens”, „peoples”, „it broked” MIMO, że słyszą od nas prawidłowe odmiany. Czyż to nie jest niesamowite? Dzieci podświadomie często bardziej ufają przyswojonym w sposób naturalny zasadom i to właśnie ich chcą się trzymać. Skoro aby zrobić liczbę mnogą potrzeba „s” na końcu, to daję “s” na końcu. To jest widać zasada rządząca światem angielskiego, a mama i świnka Peppa widać mogą się czasem mylić;) Z wiekiem oczywiście, tak jak w przypadku języka polskiego, liczba błędów się zmniejsza, ale wciąż, jak to u dzieci, można spodziewać się braku perfekcji w tym zakresie. No i super. Dowodzi to tylko, jak bardzo naturalna jest to nauka (nie jest to uczenie się na pamięć i ślepe kopiowanie wypowiedzi rodziców, jak czasem lubią myśleć niektórzy nieznający się zbytnio na przyswajaniu języków przez dzieci). Jeśli więc Twoje dziecko popełnia błędy w drugim języku, to otwieraj szampana. Jesteście na dobrej drodze!

Wszystko płynie

Dwa lata to może nie tak dużo, ale ja już wiem i mogę Wam zdradzić sekret: dwujęzyczność to nie jest coś stałego. Jeśli spytacie mnie, jak coś wygląda u nas tu i teraz, to usłyszycie odpowiedź, która za 4 miesiące może być zupełnie inna. Przeszliśmy naprawdę wiele faz. Pod koniec pierwszego roku z dwujęzycznością, preferowanym językiem synka był właśnie angielski. Spędzaliśmy wtedy dużo czasu razem, a ja miałam siłę i energię, aby trzymać się drugiego języka w codziennej komunikacji. Wystarczyło, że przyszła wiosna i lato i większość dnia spędzona na placu zabaw z kolegami, aby proporcje się odwróciły. Wystarczy wyjazd do dziadków. Wystarczy, że ja mam gorszy okres. Nie ma czegoś takiego, jak równowaga między językami i widzę to od dawna sama po sobie. Wystarczy, że skupiam się na niemieckim, bym nagle zaczęła tracić płynność w mówieniu po angielsku (bo mowę blokuje mi napływ niemieckich słówek). Wystarczy choroba i brak angielskiego, by było mi trudno na nowo się rozgadać. Odrzucicie więc w głowie ideę, że osoba dwujęzyczna to taka, która posługuje się oboma języka „na równi”, bo taka sytuacja jest ekstremalnie rzadka. Większość dwujęzycznych osób ma różny zasób słownictwa w zależności od języka i różny stopień płynności mówienia w zależności od aktualnych warunków. W książce o dwujęzyczności, którą ostatnio czytałam, pojawia się pojęcie „equilingual” i to właśnie ono oznacza to, co czasem chcemy rozumieć pod podjęciem dwujęzyczności czyli posługiwanie się dwoma językami z równą biegłością. Przestańmy więc mieszać te dwa pojęcia. A gdy chcecie porównać Waszą sytuację z czyjąś (lub swoje dziecko z innymi), pamiętajcie, że nie ma tu prostych odpowiedzi. To, że u jednej osoby efekty pojawiły się po 45 dniach, nie znaczy, że tak będzie u Was. Każdy ma inne warunki na dany moment. Na ten moment na moje oko język angielski i polski jest u nas na równi z nieznaczną tylko przewagą polskiego jako język otoczenia. Język angielski jest jednak językiem zabawy, także samodzielnej, i najczęściej kierowanym do mnie (mimo braku OPOL, który bezapelacyjnie jest najlepszą metodą, aby ustanowić „tradycję” zwracania się do danego rodzica w konkretnym języku). Codziennie zaskakuje mnie fajne słownictwo i piękne struktury gramatyczne. Fajne powiedzonka publikuję czasem na Instagramie oraz Facebooku.

Mieszanie języków

Było, jest i będzie:) ALE obecnie nie stanowi już żadnego problemu. Przechodziliśmy przez wszystkie fazy. Od randomowego wyboru słów pt. „które szybciej i łatwiej mi wypowiedzieć” na samym początku, przez tymczasowy problem z dogadaniem z dziadkami, gdy językiem silniejszym był angielski, po świadomą zabawę językami. Od dłuższego już czasu w komunikacji po polsku ze światem w 99% nie ma wstawek angielskich, a osoby postronne nie mają pojęcia, że maluch jest dwujęzyczny. Wstawki pojawiają się czasem w zabawie i są to głównie teksty z bajek. Na tej samej zasadzie obserwuję dzieci jednojęzyczne śpiewające „Let it go” albo „Jingle bells” w środku lata na placu zabaw;) Zdarza się, że w obliczu braku polskiego słowa używane jest słowo angielskie, ale jest w pełni świadome. Ostatnio maluch zapytał babcię, gdzie mają „smoke detector”, ale od razu uprzedził babcię, że to słowo po angielsku, którego ona nie zna i zaczął wyjaśniać po polsku, o co dokładnie mu chodzi. Jak widać czteroletnie dziecko radzi sobie doskonale z rozróżnieniem języków i wie, które może stosować w kierunku do kogo. Na tej samej zasadzie w rozmowach ze mną synek pozwala sobie na swobodne mieszanie języków –  gdy chce powiedzieć coś szybciej lub gdy jest w emocjach. Ja nie jestem za tym, aby utrwalać mówienie „niedbałe”, więc za każdym razem powtarzam całość w jednym języku, dając do zrozumienia, że właśnie tego oczekuję i to jest dobry wzorzec mowy. Z drugiej strony oczywiście to rozumiem i oprócz tego poprawnego powtórzenia, kierującego małego rozmówcę na tor jednego języka, nie robię z tym nic więcej. Mam wrażenie, że gdy mamy więcej angielskiego w domu (więcej czasu poświęcam na rozmowy po angielsku) to tego mieszania jest mniej (trzymamy się angielskiego). Gdy angielskiego jest mniej, polski wdziera się do komunikacji drzwiami i oknami;) Chcę podkreślić również, że dla mnie nie jest problemem, gdy polski wysuwa się na prowadzenie. Dla mnie rozwój w języku polskim jest równie ważny i niesamowicie cieszę się, gdy słyszę piękną polszczyznę z ust mojego dziecka. Jeśli martwicie się o mieszanie języków, zajrzyjcie koniecznie do tego artykułu: „Dlaczego dziecko miesza języki?”.

Co przyniesie przyszłość?

Nie wiem i nie zastanawiam się. Dlaczego? Bo mam do naszej dwujęzyczności dość luźny stosunek. Oczywiście, że wolałabym, aby mój wysiłek nie poszedł na marne i abyśmy nie zatracili tego języka w codziennej komunikacji. Jestem jednak nastawiona na to, że może przyjść bunt, a jak nie bunt to po prostu racjonalne stwierdzenie faktu przez dziecko, że skoro nie ma bezpośredniej potrzeby mówić po angielsku to po co. Uważam jednak, że to, co już nam się udało osiągnąć to naprawdę wiele. Zamierzam podtrzymywać znajomość języka poprzez atrakcyjne książki, bajki, programy a kiedyś gry i aplikacje. Pokazywać, jak znajomość angielskiego ułatwia życie. Nie sądzę również, by znajomość języka mogła z dnia na dzień zniknąć, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Większość osób zaczyna uczyć się języków na poważnie, gdy są już nastolatkami lub dorosłymi i też jest w stanie osiągnąć dobry poziom. Dzięki przyswojeniu języka we wczesnym dzieciństwie, nawet jeśli dojdzie do jego odrzucenia w mowie, liczę na utrzymanie biernej znajomości, którą w każdej chwili można aktywować. Wiem też, że takie dzieci mają ułatwioną naukę języków w przyszłości. Koniec końców po prostu wierzę i mam nadzieję, że jednak ten język z nami zostanie. Bo jest to możliwe. Od początku mówię jednak, że dla mnie najważniejsze w życiu są nasze emocje, to, czy jesteśmy szczęśliwi, spełnieni i mamy dobre relacje. Na pewno zatem w imię dwujęzyczności nigdy bym nie zmuszała swojego dziecka do czegoś, czego otwarcie nie chce. Zachęcała, pokazywała, angażowała – tak. Triki i wymuszanie – nie. To nie języki są w życiu najważniejsze.

Jeśli czujecie, że chcielibyście podzielić się Waszymi historiami, zapraszam do komentowania. Mam również nadzieję, że nasza historia Was zainspiruje, a także będzie odpowiedzią na Wasze wątpliwości i obawy. Dajcie znać.

English Speaking Mum
Wielbicielka i popularyzatorka idei dwujęzyczności zamierzonej w Polsce. Jeśli podobają Ci się tworzone przeze mnie treści, zapraszam Cię do obserwowania mojego konta na Facebooku oraz Instagramie oraz zapisu na newsletter poniżej. Udostępnianie przez Was moich wpisów umożliwi mi dotarcie do większego grona odbiorców i promowanie dwujęzyczności w naszym społeczeństwie.

4 komentarze

Zostaw komentarz