English for Mummies and Daddies – kulisy powstawania e-booka

Kolejna część e-booka ujrzała już światło dzienne. Czeka na Was tutaj. Dziękuję za każdą wiadomość od Was, która motywowała mnie do dalszej pracy. Kończąc pisanie pierwszej książki myślałam, że drugą będę pisać już na luzie, po sezonie chorobowym z mnóstwem wolnego czasu i uśmiechem na ustach. Uśmiech na ustach został, bo to, co robię, daje mi ogromną satysfakcję. Co do reszty to los spłatał nam wszystkim ogromnego figla. Cóż jednak począć, trzeba żyć dalej i robić swoje, bo innej opcji nie ma.

Czego się nauczyłam, pisząc e-booka?

codzienne słownictwo po angielsku

Że dalej mało wiem;) Po drugie, że słownikom nie można ufać w 100%. Oprócz tego, że mogą zawierać błędy to ich główną wadą jest to, że zwykle nie nadążają za zmianami zachodzącymi w żywym, mówionym języku. Po trzecie, że wyrażenia, które z pozoru wydają się poprawne i może nawet takie są, dla ucha rodzimego użytkownika danego języka już wcale naturalne nie muszą być. Taka prawda. Czy należy się tym przejmować? Według mnie nie. W przeciwnym razie nauka języków obcych z góry byłaby skazana na niepowodzenie i nie miałaby żadnego sensu. A czy jest choćby jedna osoba, która tak uważa? Dlaczego więc powinniśmy patrzeć na naukę naszych dzieci inaczej? Dlaczego, gdy rozmowa schodzi na dwujęzyczność u dzieci, u większości włącza się lampka, że zaraz zaraz – powinny być nauczone idealnie albo wcale? Nie ma to najmniejszego sensu. Jeśli Twoje dziecko nauczy się bez żadnego wysiłku porozumiewać w płynny sposób i osiągnie lepszy poziom języka niż przeciętna osoba dorosła po wielu latach nauki to jest to sukces czy nie? Nawet jeśli wciąż będzie popełniać błędy i nie będzie wyrażać się tak naturalnie jak native speaker? A wracając do pytania z nagłówka: nauczyłam się po raz kolejny bardzo dużo. Wyłapałam rzeczy, które stosowałam nie do końca poprawnie. Skorygowałam kilka słów, co do których nie byłam świadoma, że używam ich w wariancie amerykańskim, chociaż staram się trzymać brytyjskiego. W końcu dotarłam do odpowiedzi na kilka nurtujących mnie pytań z serii „Ale jaka jest różnica”.  Często nawet nie wiemy, że nie wiemy, dopóki się nie dowiemy:)

No, ale jak to

Wielokrotnie na komentarz korektora reagowałam „No, ale jak to? Przecież tak się uczyłam/czytałam/jest w słowniku”. Wierzcie mi, takie sytuacje były bardzo częste. Nie raz, nie dwa otrzymywałam plik cały pokreślony na czerwono z 15 komentarzami pobocznymi. Gdy to była szkoła, z pewnością dostałabym ocenę niedostateczną. Tak bowiem działa język mówiony, że w głębokim poważaniu ma słowniki i książki do gramatyki. „Tak się po prostu mówi i koniec”. Kto ma obcojęzycznych znajomych, na pewno kojarzy takie sytuacje. Wszystko niby jest poprawnie gramatycznie, słowa się zgadzają, ale jednak całość to dziwoląg językowy, po którym od razu można poznać obcokrajowca. Dlatego dochodzę do wniosku, że moja praca ma tym większy sens i cieszę się, że zebrałam się w sobie, aby doprowadzić ten projekt do końca. W Internecie można natrafić na wiele list z wyrażeniami. Podczas gdy niektóre są poprawne, duża część to jedynie radosna twórczość autora, w której w 10 przykładach można wyłapać na wstępie 5 błędów. Moim celem było zaoferowanie w tym oceanie informacji czegoś, co będzie stanowić rzetelne źródło informacji. I mam nadzieję, że mimo iż nie jestem ekspertem od czegokolwiek, to sumiennością i dociekliwością się mi to udało.

Jeden native powie tak, a drugi native powie nie

Nie byłabym sobą, gdybym jeszcze raz nie podkreśliła jednej rzeczy. Sumienność i dociekliwość swoją drogą, a życie swoją. Od lat pracuję jako tłumacz i korektor i przez ten czas nauczyłam się jednego: daj 100 tłumaczom ten sam tekst, a otrzymasz 100 zupełnie różnych tłumaczeń. Daj jedno tłumaczenie 100 korektorom, a otrzymasz 100 poprawionych wersji tegoż tłumaczenia. Dlatego w branży wprowadzono określenie „preferential changes”, aby rozgraniczyć te prawdziwe błędy od tego, co po prostu danemu korektorowi lepiej brzmi zupełnie subiektywnie. Tak samo tutaj, szukając informacji na różne tematy od różnych osób pochodzenia amerykańskiego/brytyjskiego, otrzymywałam nieraz sprzecznie informacje zwrotne. Jedna osoba twierdziła, że dane wyrażenie jest spoko, by druga określiła je jako „staromodne, używane wyłącznie przez starsze pokolenia”. Niektórzy Brytyjczycy zarzekali się, że nigdy w życiu nie użyliby wybranego wyrażenia ze słownika, a inni uznawali je jako naturalne w swoim otoczeniu. Biorąc to wszystko po uwagę, starałam się po prostu zawierać w książce informacje, które statystycznie są najbliższe prawdzie – czyli temu czemuś nieuchwytnemu, co możliwe, że naprawdę nie istnieje;)

Język = kultura

Moja ostatnia obserwacja. To, że język i kultura są nierozerwalnie ze sobą związane wiemy nie od dziś. Język opisuje rzeczywistość, w której żyjemy. Bardzo ciekawe były dla mnie komentarze od nativów mówiące np. „To określenie jest poprawne. Ale większość Amerykanów/Brytyjczyków nie wiedziałaby, co to jest.” Tak było m.in. z dmuchawcem z pierwszej części książki. Dostałam też między innymi komentarz, że w Stanach nie mają marmolady, więc to jedynie słówko brytyjskie. Każdy Polak wie za to, co to jest dmuchawiec i owy dmuchawiec jest częścią naszej codzienności (zwłaszcza, gdy jesteśmy rodzicami). Jaki jest z tego wniosek? Że język angielski w naszym wydaniu jest czymś sztucznym w odniesieniu do „naturalnego” angielskiego? Jeśli tak, to która wersja angielskiego jest zatem tą prawdziwą i naturalną? Co z innymi krajami, w których również jest to język urzędowy i na co dzień w użyciu? No i wracamy do kwestii uczenia się języków obcych: uczymy się ich, aby porozumieć się z innymi ludźmi z innych kultur. Więc w rozmowach z nimi do opisu naszego świata potrzebujemy angielskiego słowa na „dmuchawiec” i basta. Potrzebujemy słów na nasze ogórki kiszone, pierogi czy serki homogenizowane. Nie ma w tym nic nienaturalnego, a wręcz przeciwnie. Dzięki wspólnemu językowi możemy się dogadać i lepiej zrozumieć. I to właśnie dlatego powinniśmy uczyć języków obcych nasze dzieci. Nie dla piątek w szkole i zawrotnych karier w korporacjach. Tylko po to, abyśmy jako ludzie z różnych kultur mieli szansę nieco lepiej się w przyszłości dogadać. Niezmiernie cieszy mnie to, że dwujęzyczne wychowanie tak szybko zyskuje na popularności i czasem wybiegam myślami w przyszłość i wyobrażam sobie, jak będzie wyglądać językowa przyszłość naszych dzieci. Nazwijcie mnie marzycielką, ale w mojej głowie wygląda naprawdę fajnie:) Jeśli więc jesteś jednym z rodziców, którzy się zastanawiają nad tą opcją, to mówię: zapraszam, dołącz do nas. Mam nadzieję, że moja książka Ci w tym pomoże.
PS. Z jedną z pierwszych recenzji e-booków możecie zapoznać się na blogu Berlin Na Macierzyńskim.

Jeśli wpis Ci się podobał i chcesz wspierać to, co robię, kliknij tutaj:

5 thoughts on “English for Mummies and Daddies – kulisy powstawania e-booka”

  1. Kiedy możemy się spodziewać wersji niemieckiej ebooka w domu? (Ze wzgledu na pandemie mysle ze ta wersja bylaby bardziej przydatna). Fajnie jak bylby w niej rozdzial ze zwrotami o wspolnej zabawie ( rysowanie, kolorowanie, puszczanie samochodow, układanie puzzli, naklejanie naklejek w ksiazeczkach, „gotowanie”, budowanie z klocków itp).

    1. Englishspeakingmum

      Fajnie, że się podoba i chcecie więcej. Moje moce przerobowe są jednak bardzo ograniczone (też mam cały dzień dziecko w domu plus pracę zawodową wieczorami). Będę się starać powoli pchać wszystko do przodu. Zabawy miały być w osobnym e-booku, bo już się do domu nie zmieściło.

  2. Kiedy jakieś 4 lata temu (czy już 5?) Ela wspomniała, że zaczyna wprowadzać angielski, od razu zapaliła mi się ta wredna lampka „idealnie albo wcale”. Całe szczęście, że udało mi się tę lampkę przygasić, a teraz to już w ogóle kopnąć w kąt. Podpisałabym się rękami, nogami i własną krwią pod tym artykułem :D.

  3. Pingback: Deutsch für Mamas und Papas - czyli także dla Ciebie! - Dwujęzyczność | Wielojęzyczność zamierzona

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *