Blog

materiały szkolne

Nie musisz być po studiach językowych, aby uczyć swoje dziecko – wywiad z wyluzowaną mamą

Jesienią ubiegłego roku, gdy jeszcze prowadzenie bloga nawet mi się nie śniło, zaprosiłam do swojej lokalnej społeczności Elę Rzeszutko, autorkę bloga mamtonakoncujezyka.pl. Kto był, ten wie: wykład pt. „Dwujęzyczność zamierzona – Obalamy mity” był niezwykle udany.

Nie sądzę, aby ktokolwiek opuścił go bez olbrzymiej dawki motywacji i inspiracji. Po spotkaniu z kilkoma mamami udałyśmy się do pobliskiej kawiarni. Obok mnie usiadła Marta. Kojarzyłam ją z nowopowstałego bloga, który nagle objawił się w naszym małym językowym światku. Polubiłam ją od pierwszych sekund naszego spotkania. Uwielbiam takie otwarte, uśmiechnięte i pełne życia osoby, od których bije sama pozytywna energia. Gdy narodził się w mojej głowie pomysł na wywiady z innymi rodzicami wprowadzającymi dwujęzyczność/wielojęzyczność zamierzoną, to właśnie o niej pomyślałam jako pierwszej. Jest to osoba, którą koniecznie musicie poznać.

Wyluzowana mama

Jak już wiecie moja pierwsza rozmówczyni została wybrana nieprzypadkowo. Mój blog ma za zadanie zachęcić jak największą liczbę osób do wprowadzania języków obcych w swoich domach. Jednak duża część rodziców ma ogrom wątpliwości i nieraz stają one im na drodze do rozpoczęcia jakiegokolwiek działania. A przecież zabawa i mówienie do dzieci w obcych językach nie są zarezerwowane dla osób po studiach językowych z idealną znajomością języków i przygotowaniem pedagogicznym. Przed rozpoczęciem nie musicie przeczytać kilku grubych tomów na temat nabywania języków przez dzieci. Wystarczy Wasze pozytywne nastawienie, elastyczność i dużo chęci. Marta, mama dwójki dzieci, od urodzenia zapoznaje je nie z jednym, a kilkoma językami obcymi. Polski, angielski, włoski, niemiecki – te wszystkie języki to dla rodziny Marty codzienność. Wprowadza je razem z mężem – oboje są Polakami mieszkającymi w Polsce i żadne z nich nie ukończyło studiów językowych. Ela w swoim wpisie „Kto w Polsce wychowuje dwujęzyczne dzieci”, napisała o mnie „wyluzowana mama”, co traktuję jako ogromny komplement. Natomiast najprawdopodobniej daleko mi do poziomu mojej dzisiejszej rozmówczyni:) Jest ona według mnie uosobieniem luzu, który osobiście uważam za bardzo potrzebny w życiu, zwłaszcza jeśli o wychowanie dzieci chodzi. Rodzice często niepotrzebnie się spinają, że coś ma być tak, a nie inaczej, zamiast podążać za swoim dzieckiem i dopasowywać metody do siebie i swojej rodziny (a nie na odwrót). Marta prowadzi bloga Lenaspeaks.pl, na którym dzieli się materiałami i pomysłami związanymi z wielojęzycznością zamierzoną i szeroko pojętą edukacją. Pozwoliłam sobie wypytać ją o wszystko, co wiąże się z wielojęzycznością u nich w domu.

Skąd pomysł na wprowadzanie języków do świata Waszych dzieci? Czy mieliście jakiekolwiek wątpliwości? Czy zaczęliście od narodzin starszej córki?

Pomysł na wprowadzenie języków obcych do świata naszych dzieci pojawił się na długo przed ich urodzeniem. Pobyt za granicą pokazał mi, że są rodziny, w których funkcjonuje kilka języków jednocześnie. A dzieci mogą przełączać się swobodnie i bez zastanowienia między nimi. Nikt nigdy nie zastanawiał się w tamtym środowisku, czy dzieci przyswajają języki od rodziców, którzy są nativami, czy w ramach dwu- i wielojęzyczności zamierzonej (w tamtym czasie te terminy były mi obce). Najważniejsza była komunikacja. Tak, aby wielokulturowe rodziny mogły się ze sobą porozumieć bez problemów.

Do córki, a później również do syna, od urodzenia mówiliśmy w dwóch językach obcych, które „zamieszkały” z nami na dobre, ponad trzy lata temu. Pojawia się też czasem niemiecki, ale jest on raczej „sporadycznym gościem”. Nigdy nie mieliśmy żadnych wątpliwości. Wyszliśmy z założenia, że damy dzieciom wszystko to, co możemy w wymiarze edukacyjnym. W momencie, kiedy zaczynaliśmy naszą przygodę z wprowadzaniem córki w świat języków obcych, nie mieliśmy pojęcia o naukowym podejściu do dwu- i wielojęzyczności zamierzonej. Języki obce od początku traktowaliśmy jako naturalny element wychowania.

Czy pamiętasz Wasze początki? Jak oceniasz Wasz poziom językowy na początku drogi i na dzień dzisiejszy? Z czym mieliście największe problemy, o ile takowe się pojawiły?

Ciężko jest mi ocenić nasz poziom języków obcych, zarówno teraz, jak i wcześniej. Nie mamy za sobą studiów lingwistycznych, ani nawet certyfikatów językowych. Więcej niż nauka w szkole dały nam obojgu wyjazdy i praca za granicą. Języki traktujemy jako ważne narzędzie w codziennym funkcjonowaniu, w pracy i poza nią.

Wydaje mi się, że naszymi największymi problemami na początku były po pierwsze: brak słownictwa w zakresie tematyki dziecięcej, a po drugie zmęczenie wynikające z komunikacji głównie w językach obcych. To wszystko udało się jednak szybko przezwyciężyć. Trzeba było przestawić myślenie. Nie bawiliśmy się w tłumaczenie, ale ja często potrafiłam powtarzać to samo zdanie po angielsku i po włosku. Do momentu pójścia do przedszkola, angielski był pierwszym językiem naszej córki. Obecnie poziom angielskiego i polskiego jest wyrównany. Z włoskim niestety jest gorzej. Córka wszystko rozumie, ale ostatnio niewiele mówi w tym języku. Syn komunikuje się z nami, miksując wszystkie znane mu języki.

Jak oceniasz ilość pracy i czasu włożonego we wprowadzanie wielojęzyczności w Waszym domu? Czy to coś jedynie dla mających duże zasoby czasowe i mocno zdeterminowanych?

Wszystko zależy od tego, co chcemy osiągnąć. Jeśli naszym celem jest, aby maluch komunikował się w języku obcym tak jak po polsku, to faktycznie będzie to od nas wymagało dużo pracy, czasu i zaangażowania. W zależności oczywiście od naszego poziomu języka. Są przecież rozwiązania pośrednie. Dziecko może się komunikować w języku obcym na niższym poziomie niż w języku ojczystym. I to będzie też ogromny sukces. Można zbudować w domu bazę językową, podwaliny pod dalszy językowy rozwój. Osobiście uważamy, że wszystko, absolutnie wszystko, co robimy dla naszych dzieci, jest wartością dodaną. Nauka kolorów, cyfr czy zwierząt też ma ogromne znaczenie. Oswajamy dziecko z innymi dźwiękami. Sprawiamy, że jego chłonny i plastyczny mózg zaczyna się rozwijać w innych kierunkach. Patrząc na córkę wiem, że zwyczajne małe dziecko, dzięki zaangażowaniu opiekunów może osiągnąć bardzo dużo w bardzo krótkim czasie. Wniosek jest dla mnie jeden: każdy maluch ma potencjał. Trzeba jednak go pielęgnować. My staramy się poprzez zabawę rozwijać nasze maluchy na różnych płaszczyznach.

Rodzice lubią pytać o metody i strategie np. czy trzeba stosować OPOL lub mówić w danym języku tylko w określonych porach. Czy uważasz, że jakiekolwiek sztywne strategie są konieczne? Co byś poradziła rodzicom początkującym?

Przede wszystkim podzieliłabym dzieci na dwie grupy: pierwsza to maluchy, które nie rozumieją jeszcze, że są różne języki, druga natomiast to te, które mają już taką świadomość. Nie dzielę maluchów według wieku, ponieważ każdy rozwija się inaczej. Jeśli mamy kontakt z pierwszą grupą, to proponuję się nie zastanawiać, tylko mówić do malucha tyle, ile jesteśmy w stanie w językach obcych. Nie jestem zwolenniczką jakiejś konkretnej strategii językowej. Wyznaczania ram i wydzielania konkretnej przestrzeni dla danego języka. Każdy jednak musi wypracować swoją drogę. Ja płynnie zmieniałam i dalej zmieniam języki. I nie informowałam córki, że teraz będziemy rozmawiać po angielsku albo po włosku. Skutek był tego taki, że ona płynnie przełączała się między językami. Teraz jak jest już starsza, zaczyna się pytać, czy możemy zmienić język. Nie narzucamy sobie i nie narzucamy dzieciom. Mamy jednak parę innych reguł:

– piosenki, kreskówki, audiobooki są w 99% w językach obcych;

– książki w 80% w językach obcych;

– dużo poza domem rozmawiamy w językach obcych.

Każdy ze swoim dzieckiem musi wypracować własną drogę. Jedne rozwiązania pasują jednym rodzicom, a inne nie. Dla mnie bardzo ważny jest luz. Nie stosowaliśmy metody OPOL. Nie było ram czasowych dla danego języka. Nie było maskotki wspierającej dany język. Za to była i dalej jest Peppa Pig we wszystkich językach obcych (dalej jest ze względu na naszego synka, który jest Peppą zafascynowany).

Wracając do drugiej grupy maluchów, które już więcej rozumieją, proponuję w takim wypadku metodę małych kroków. Tak my działamy z niemieckim. Spróbowałabym na początek prostych słów, zwrotów, książeczek i piosenek. Jeśli, ktoś uznaje kreskówki, to moim zdaniem są bardzo dobrym wsparciem w nauce języków obcych. Wiele jednak zależy od wieku dziecka. Genialnym rozwiązaniem dla maluchów są w mojej opinii karty obrazkowe.

Jak wyglądał Wasz dzień przed Twoim pójściem do pracy, a jak teraz?

Jeśli chodzi o różnice między moim dniem przed pójściem do pracy, a teraz, to są one znaczące. Chodzi głównie o ilość spędzonego razem czasu. Co za tym idzie, ilość czasu poświęconego w domu na języki obce. W wielkim skrócie: Jak byłam w domu, języki były cały czas obecne w każdej naszej formie aktywności: podczas zabawy, spaceru, jedzenia, ubierania się itd. Obecnie, od kiedy chodzę do pracy, czas na języki obce w domu jest mocno okrojony. Rozmawiamy rano i po powrocie do domu. W weekendy mamy więcej czasu na języki.

Co możesz powiedzieć na temat efektów wielojęzycznego wychowania Twoich dzieci? (pierwsze zdania, etap mieszania języków, poziom biegłości obecnie)

Tak jak wspominałam wcześniej, dzieci słyszą języki obce od urodzenia. Córka (obecnie 3,5 roku) do momentu pójścia do przedszkola uważała angielski za swój pierwszy język. W przedszkolu, na samym początku nie chciała rozmawiać po polsku. Otoczenie jednak szybko wymusiło na niej język ojczysty.

Zaczęła mówić dość szybko. Przed drugimi urodzinami można już było usłyszeć pełne zdania po angielsku, po polsku i po włosku. Na dzień dzisiejszy sprawnie komunikuje się po polsku i angielsku. Po włosku wszystko rozumie, ale nie chce za dużo mówić. Taki etap. Miała też etap mieszania języków i było to dość zabawne. Np. wymawiała polskie i włoskie słowa z angielskim akcentem. Maluch (obecnie 1,5 roku) zaczyna dopiero mówić. Proste słowa i zwroty. Słychać wszystkie języki, ale najwięcej jest polskiego. Nie ma jednak problemu ze zrozumieniem angielskiego i włoskiego.

Dlaczego Twoim zdaniem warto?

Warto z różnych powodów. Ja wymienię kilka z nich.

– warto, ponieważ dajemy dzieciom to, co możemy, to co naszym zdaniem najlepsze;
– warto, ponieważ każda nowa umiejętność to wielki dar dla małego człowieka;
– warto, ponieważ języki obce rozwijają;
– warto, ponieważ dajemy dzieciom możliwość odnalezienia się w różnych sytuacjach, gdzie język obcy jest niezbędny;
– warto, ponieważ dziecko będzie dzięki temu przygotowane na nowe znajomości i przyjaźnie;
– warto, ponieważ chłonny i plastyczny umysł malucha przyswaja wszystko dużo szybciej;
– warto, ponieważ nauka przez zabawę jest najlepszą formą edukacji;
– warto, ponieważ maluch, który przyswoi język obcy w domu, może mieć więcej przyjemności z nauki w szkole;
– warto, ponieważ znając jeden język obcy, łatwiej jest się nauczyć kolejnego;
– warto, ponieważ większość świata jest dwu- i wielojęzyczna;
– warto, ponieważ wiąże się to z czytaniem ciekawych książek i oglądaniem filmów w oryginale, teraz i w przyszłości.

Bardzo dziękuję Marcie za podzielenie się swoimi doświadczeniami i porządną dawką motywacji dla wszystkich rodziców. Mam nadzieję, że podobnie jak ja, lubicie czytać takie inspirujące wywiady. Kolejne czekają już na publikację. Jeśli nie chcecie przegapić nowych wpisów, zachęcam do kliknięcia „Obserwuj” (i „Wyświetlaj najpierw”) na mojej stronie na FB (można przejść bezpośrednio klikając okienko w prawym górnym rogu tego bloga) i/lub do dołączenia do newslettera.

English Speaking Mum
Wielbicielka i popularyzatorka idei dwujęzyczności zamierzonej w Polsce. Jeśli podobają Ci się tworzone przeze mnie treści, zapraszam Cię do obserwowania mojego konta na Facebooku oraz Instagramie oraz zapisu na newsletter poniżej. Udostępnianie przez Was moich wpisów umożliwi mi dotarcie do większego grona odbiorców i promowanie dwujęzyczności w naszym społeczeństwie.

3 komentarze

Zostaw komentarz