Blog

Dwujęzyczność zamierzona – niekochana siostra dwujęzyczności naturalnej

To jest dla mnie bardzo ważny wpis. Czuję, że musimy w końcu wyjaśnić sobie pewne rzeczy. Będzie długo, ale i konkretnie. Jeśli zawodowo zajmujesz się dwujęzycznością naturalną to tym bardziej proszę Cię o przeczytanie i napisanie kilku słów w komentarzu.

Co to jest dwujęzyczność naturalna i czym różni się od zamierzonej? 


Ta pierwsza kiedyś gnębiona, w końcu triumfuje. W końcu większość rodziców  na obczyźnie jest zachęcanych przez logopedów, pedagogów i innych specjalistów do mówienia do swoich dzieci w swoim języku ojczystym. Przestają być oskarżani o opóźnianie rozwoju dziecka przez własną zachciankę i egoizm. Po co dziecko ma niby mówić w dwóch językach, skoro mieszkacie w jednym kraju. Na co komu ten język ojca czy matki czy dziadków? Tylko w głowie się od tego miesza, socjalizację utrudnia. Mam wrażenie, że te czasy minęły. Na pewno nie wszędzie, ale nie jest to już główny nurt. Bardzo mnie ta zmiana oczywiście cieszy. Zabranianie rodzicom komunikacji w swoim ojczystym języku ze swoimi dziećmi jest karygodne. Obwinianie ich o utrudnianie asymilacji, uprzykrzanie życia dziecku i odgórne zmuszanie do mówienia w języku otoczenia to coś, co ciężko mi zaakceptować. 


Nawet bez zmuszania wielu rodziców na obczyźnie ma jednak ten dylemat. W jakim języku mówić do dziecka, aby go w jak najlepszy sposób wesprzeć? Aby nie miało potem problemów w przedszkolu lub szkole? Aby ułatwić mu start? Są to wątpliwości jak najbardziej zrozumiałe. Specjaliści wiedzą jednak coś, co ci rodzice dopiero odkryją: zanim się nie obejrzą język otoczenia stanie się językiem wiodącym ich dzieci. Czy tego chcą czy nie. Dlatego wysiłki powinni oni zawsze kierować w stronę języka mniejszościowego, aby nie obudzić się potem że zdziwieniem że „moje dziecko nie odpowiada mi po polsku”*. Zgodnie ze swoją wiedzą specjaliści zachęcają więc tych rodziców jak mogą: oprócz wielu innych argumentów, w których przedstawiają korzyści wynikające z dwujęzyczności, poruszają także jedną bardzo czułą nutę czyli… temat emocji. I tu się zaczyna coś, co z jednej strony brzmi logicznie i przekonująco: emocje najlepiej wyraża się w swoim języku ojczystym. Języku w którym najpłynniej się komunikujemy. Języku.. serca. Termin to zupełnie nie naukowy, ale co tam. Każdy wie, o co chodzi… chyba? Chyba, bo nikt nie jest w stanie dowieść, że coś takiego w ogóle istnieje. Specjaliści ci zatem promując dwujęzyczność naturalną na obczyźnie, równocześnie wpychają nas, wychowujących w dwujęzyczności „nienaturalnej” prosto pod przejeżdżający pociąg. Czy jednak musi tak być? Moim zdaniem nie. Chciałabym niniejszym krótko omówić wątpliwości, jakie wzbudza dwujęzyczność zamierzona na tle naturalnej, by zakończyć swoje wypociny krótkim apelem.


Punkt 1 – Emocje i język serca

Czy istnieje coś takiego jak język serca, w którym najlepiej wyraża się swoje emocje? Czy rozmowa w innym nie jest w stanie tych emocji przekazać? To dość dziwne założenie, biorąc pod uwagę fakt, że duża cześć rodzin z grupy „dwujęzyczność naturalna” jest tworzona przez dwoje dorosłych ludzi, którzy często porozumiewają się ze sobą w języku trzecim (albo nierodzimym dla przynajmniej jednej ze stron). Skoro dwójce obcych ludzi udało się przekazać emocje w na tyle efektywny sposób, aby się w sobie zakochać i zacząć budować razem rodzinę, nie bardzo rozumiem wątpliwości co do tworzenia więzi emocjonalnej z własnym rodzonym dzieckiem. Dodatkowo warto zauważyć, że dwujęzyczność naturalna nie zawsze jest skuteczna i w wielu rodzinach dzieci odmawiają używania języka mniejszościowego i porozumiewają się ze swoimi rodzicami w języku otoczenia. Z tego by wynikało, że takie relacje również są w jakiś sposób uboższe (skoro dwie strony mają inne języki „miłości”, które gorzej znają i mogą nie być w stanie wyłapać różnych niuansów językowych itd.). Wątpię jednak, aby którykolwiek z rodziców się z tym zgodził. Miłość wyraża się językiem miłości, a nie po angielsku, polsku czy portugalsku. Ważne jest CO i JAK mówimy, a nie w jakim dialekcie.


Daleko mi jednak do bagatelizowania pewnych wątpliwości jeśli np. za mówienie wyłącznie w języku obcym brałaby się osoba ze słabą znajomością tego języka i niebędąca w stanie przekazać w nim swoich emocji i myśli w sposób swobodny. Na to mam odpowiedzi dwie:

Po pierwsze: Dwujęzyczność zamierzona to nie tylko OPOL (metoda polegająca na mówieniu wyłącznie w języku obcym), więc jeśli drugi język jest wprowadzany obok języka ojczystego (maks. kilka godzin dziennie) te obawy można wykreślić. Polski pozostaje wtedy głównym językiem komunikacji, rozmów o uczuciach i sprawach ważkich. Wołać na obiad można i łamanym chińskim bez uszczerbku na relacji (i tak samo nieskutecznie jak po polsku) – mam nadzieję, że się tu ze mną zgodzicie.

Po drugie: Oczywistym dla mnie jest to, że do każdej rzeczy można podejść źle, co nie skreśla słuszności danej idei. Równocześnie fakty są takie, że za dwujęzyczność zamierzoną rzadko kiedy bierze się ktoś przypadkowy. Częściej rodzice mają obawy, że nie podołają (mimo b. dobrej znajomości języka) niż beztrosko zaczynają akcję „od dziś mówię po angielsku choć nie potrafię”. W tym względzie plusem dwujęzyczności zamierzonej jest właśnie jej „zamierzoność”. W większości przypadków są to rodzice świadomi, oczytani i przygotowani do działania. Nie stoją przed faktem dokonanym jak w przypadku dwujęzyczności naturalnej, a sami podejmują decyzję, którą poprzedzają analizą i planowaniem. Dlatego też wszelkie badania, których grupą docelową byli rodzice ZMUSZANI do używania języka otoczenia w stosunku do swoich dzieci, mają się do dwujęzyczności zamierzonej nijak (Było kiedyś ponoć przeprowadzone badanie na rodzinach imigrantów w Niemczech, w których rodzicom nakazano porzucić własny język ojczysty i komunikować się z dziećmi w języku niemieckim, co miało potem skutkować gorszą znajomością niemieckiego tych dzieci. Surprise, surprise. Nie wspominając o tym, że należałoby w tego typu badaniach wziąć pod uwagę sytuację socjoekonomiczną danej grupy, jej dostęp do edukacji, kursów, materiałów itd. itd. Kto ma namiary na te badania, niech da znać w komentarzu.)


Punkt 2 – Nienaturalność sytuacji


Bo dziecko dziwnie będzie się czuć, że rodzic mówi do niego w jednym języku a do reszty świata w innym. Sytuacja wygląda tutaj dokładnie tak samo jak w przypadku dwujęzyczności naturalnej, w której rodzic też przecież komunikuje się z dzieckiem po polsku, a musi porozumiewać się w języku otoczenia w sklepie/przychodni/wśród autochtonów. Argument ten odpada więc z marszu. Na całym świecie ludzie posługują się na co dzień kilkoma językami urzędowymi w różnych kontekstach. Na dzieciach serio nie robi to żadnego wrażenia, bo czemu miałoby. Typowe dla osób mających wątpliwości wobec dwujęzyczności jest patrzenie z perspektywy osoby jednojęzycznej wychowanej w jednojęzycznym społeczeństwie.


Punkt 3 – Uczyć języka powinniśmy się od native speakerów


… piszą do nas osoby, których dzieci chłoną obcy język z otoczenia lub od jednego z rodziców (w małżeństwach mieszanych). Oczywiście, że jest to sytuacja idealna! I nikt nie twierdzi, że jest inaczej. Natomiast jest to coś niedostępnego dla statystycznego dziecka mieszkającego np. w Polsce, czego osoby piszące te rady w ogóle nie biorą pod uwagę. Patrzą na sytuację jedynie ze swojej perspektywy. Z naszej perspektywy nasze dzieci i tak w szkole trafią na nie-nativów. Z naprawdę rożnymi akcentami i różną znajomością języka obcego. Co gorsze zajęcia z nimi będą mieć mak. 3 razy w tygodniu po 45 min, w przepełnionych grupach, gdzie będą się skupiać na kuciu słówek i zasad gramatycznych. Wisienką na torcie jest fakt, że naukę zaczną wtedy, gdy dawno minie u nich okres najłatwiejszego ich przyswajania. To jest sytuacja wyjściowa, z którą należy (jeśli już) porównywać naukę języka przez rodzica w domu wtedy, gdy dziecko przyswaja jak gąbka. Wtedy przewaga naszej metody jest oczywista. Za porównania do nauki przez rodzimych użytkowników języka najlepiej w ich kraju rodzimym zatem podziękujemy.


Punkt 4 – Możecie nauczyć źle i błędy te zostaną już do końca życia i jeden dzień dłużej


Mój ulubiony argument. Patrz punkt wyżej: dlaczego zatem pokolenia nieuczone przez rodziców, które ukończyły prawilną ścieżkę edukacji w polskim systemie szkolnictwa podpieraną licznymi korepetycjami i i kursami nie mówią bezbłędnie i z idealnym akcentem? Rodzice ich nie skrzywili, byli uczeni w szkole, a i tak coś poszło nie tak… Na ochotnika zgłaszam się ja: po studiach językowych nadal zdarza mi się popełniać błędy, na pewno nie zawsze brzmię tak naturalnie jak native, a akcent daleki jest od doskonałego. Co poszło nie tak? Nie przykładałam się wystarczająco? Kiepska uczelnia? Brak talentu? Chyba jednak nie, bo wokół siebie nie widzę za wielu osób, którym by się perfekcję udało osiągnąć.

 1. Tak, możliwe jest, że nauczymy dzieci z jakimiś błędami, ale nawet jeśli, to nasze dzieci przynajmniej będą mieć biegłość w mówieniu. Większość ich rówieśników za to I TAK BĘDZIE MÓWIĆ Z BŁĘDAMI, ale tak naprawdę cudem będzie, jeśli w ogóle będą mówić cokolwiek. Patrz słynna polska „blokada w mówieniu”. Nie zabieramy więc naszym dzieciom szansy na mówienie bezbłędne, bez klątwy naszego błędnego nauczenia, a dajemy szansę na bezwysiłkowe przyswojenie drugiego języka jak ojczystego.

2. Muszę to powtórzyć: Faktem jest, że nie ucząc swoich dzieci, też będą mówić z błędami. Taka dola ludzi uczących się języków obcych. A nawet rodzimych użytkowników języka. Oni też popełniają błędy.

3. Nieprawdą jest, że błędów nie da się wykorzenić lub jest to strasznie trudne. W podstawówce i gimnazjum nauczyłam się błędnej wymowy bardzo wielu słów. Gdy w liceum zaczęłam uczyć się bardziej świadomie, po prostu te błędy u siebie wyłapałam. Eureka! Po dziś dzień zdarza mi się być zaskoczoną wymową jakiegoś słowa. Dokładnie tak samo jak dorosły Polak, który dowiaduje się, że nie mówi się „pomarańcz”, „perfum”, a cukier jest „wanilinowy” a nie waniliowy. Mogę też już podzielić się doświadczeniem z wprowadzania języka dziecku, które to obserwacje potwierdzają rzesze rodziców wychowujących dwujęzycznie: dzieci zaczynają poprawiać nas. Bo mają lepszy słuch i mózg nastawiony na naukę. Sami wiecie, jak to jest, gdy czterolatek zna się na dinozaurach lepiej niż niejeden paleontolog. Zostałam już wielokrotnie poprawiona, gdy źle wymawiałam np. imiona ulubionych bohaterów z kreskówki. Pisałam też wielokrotnie o naszej „kłótni”, jak wymawia się słówko „lever” (które całe życie wymawiałam po amerykańsku, nie wiedząc o tym). Więc argument, że dzieci przejmują nasze błędy i utrwalają je jest według mnie wytaczany głównie przez osoby, które wcale nie mają doświadczenia w tym zakresie, a jedynie „tak im się wydaje”. Obecnie wszyscy też wiemy, jak ważne jest wspieranie się źródłami zewnętrznymi i co ważne mamy do nich nieograniczony dostęp, więc sytuacja, że rodzic jest jedynym źródłem języka obcego praktycznie nie istnieje. Nauczyciele z kolei zamiast szukać winy, kto i kiedy nauczył dziecko niepoprawnie wymawiać słowo “three” przez “t”, powinni skupić się na nauczeniu dzieci prawidłowej wymowy (i pracy nad własną). Gdyby tylko był na to czas w szkołach…

Mój mały apel – badania na temat dwujęzyczności zamierzonej

Ja rozumiem, że to co jest dla nas nowe, nieznane, poniekąd egzotyczne, wzbudza nasze wątpliwości. To najzupełniej naturalne. Ja też nie byłam przekonana do dwujęzyczności zamierzonej, dopóki nie siadłam, nie poczytałam literatury i nie posłuchałam o doświadczeniach innych, ALE PRZEDE WSZYSTKIM, dopóki sama na własnej skórze nie spróbowałam. Dla nas dwujęzyczność zamierzona to coś zupełnie naturalnego, to nasza codzienność, to nasze zbierane dzień za dniem doświadczenia, które dobitnie nam pokazują, że nie ma się czego bać. Gdy ktoś nieznający się na temacie atakuje dwujęzyczne wychowanie, to czujemy się jak np. rodzice, słyszący rady typu „nie noś, bo się przyzwyczai”, „cukier krzepi” czy „sadzaj dziecko, aby wzmacniać jego mięśnie”. Nie bądźcie jak te osoby. Nie krytykujcie czegoś, bo „tak słyszałam”, „bo tak mi się wydaje”, „bo córka sąsiadki koleżanki to”. Poczytajcie, dowiedzcie się czegoś więcej, posłuchajcie, co mówią teoretycy i praktycy. Ja postanowiłam ułatwić wszystkim zadanie i już wkrótce pojawi się na blogu cykl o książkach i badaniach traktujących o dwujęzyczności zamierzonej. Aby dostęp do tej wiedzy był na wyciągnięcie ręki i aby pokazać, że dwujęzyczność zamierzona to wcale nie wymysł ostatnich lat, coś niezbadanego o nieznanych konsekwencjach. Dziś zostawiam dla Was wywiad z bloga teachyourbaby.pl z mamą wychowującą dwujęzycznie od 12 lat „Dwujęzyczność zamierzona w praktyce: od urodzenia do nastolatka”. Spoiler: w trakcie realizowania dwujęzycznego wychowania nie ucierpiało żadne dziecko;)

Mój apel kieruję też przede wszystkim do specjalistów zajmujących się dwujęzycznością naturalną: dacie nam szansę? Jeśli chodzi o badania to moja refleksja jest także następująca: tych, które pokazywały dwujęzyczność jako taką w negatywnym świetle, było na przestrzeni lat sporo. Teraz wiemy lepiej. Mam nadzieję, że taki sam los spotka w końcu dwujęzyczność zamierzoną.

*Ważna uwaga: życie nie jest biało-czarne i bardzo nie lubię stanowczych zaleceń, które z jakiegoś magicznego powodu mają sprawdzać się u wszystkich. Jeśli ktoś czuje, że chce/powinien wspierać dziecko na obczyźnie pod kątem języka głównego przed pójściem do placówki, to jest to wyłącznie jego decyzja. Znam rodziców, którzy właśnie w taki sposób działali, pomagając dzieciom z językiem obcym na etapie, gdy było to konieczne i intensyfikując potem wysiłki w stronę polskiego, gdy dzieci język otoczenia już złapały. Każdy rodzic zna swoje dziecko, a najlepszy rodzic to taki, który nie podąża ślepo za zaleceniami, ale umie je dopasować do potrzeb swoich i swojej rodziny.

English Speaking Mum
Wielbicielka i popularyzatorka idei dwujęzyczności zamierzonej w Polsce. Jeśli podobają Ci się tworzone przeze mnie treści, zapraszam Cię do obserwowania mojego konta na Facebooku oraz Instagramie oraz zapisu na newsletter poniżej. Udostępnianie przez Was moich wpisów umożliwi mi dotarcie do większego grona odbiorców i promowanie dwujęzyczności w naszym społeczeństwie.

7 komentarze

Zostaw komentarz