Blog

novakid-obiektywna-recenzja-opinia

Novakid — czy warto? Obiektywna recenzja

„Co Pani myśli o Novakid?” To pytanie wracało do mnie jak bumerang i nie dawało o sobie zapomnieć.

Po pierwsze dlatego, że żadna ze mnie Pani i bardzo chciałabym, aby wszystkie mamy (i nie tylko) pisały do mnie na Ty, jako do Justyny;) Po drugie dlatego, że nie byłam w stanie wypowiedzieć się bez dokładniejszego researchu, na który (jak możecie się domyślić) ostatecznie się zdecydowałam.


Dlaczego zdecydowałam się napisać tę recenzję Novakid?

Odpowiedź jest prosta: bo jej potrzebujecie. Piszecie mi, że  chcielibyście poprzez te lekcje wesprzeć swoje dzieci w przyswajaniu angielskiego, ale opinie w Internecie nie są pisane przez osoby po studiach językowych (ze specjalizacją pedagogiczną). Dodatkowo większość z nich jest sponsorowana i kończą się ofertą na kod zniżkowy, więc nie znając danej osoby/blogera ciężko im zaufać. Novakid nie potrzebuje mojej dodatkowej nieodpłatnej reklamy, bo marketingowo radzi sobie świetnie. Nie wiem, jak jest z tym u Was, ale u mnie wyskakuje już z lodówki. Chcę Was jednak wspierać na każdym polu wprowadzania angielskiego w Waszych w domach, więc jeśli jej potrzebujecie: proszę bardzo.


Disclaimer: Na początku muszę zaznaczyć jedną podstawową rzecz: każda ekspozycja na język jest na plus. Dany kurs czy inna pomoc musiałaby być przygotowana naprawdę źle (zawierać dużo błędów, obejmować nieprzyjazne dla dziecka metody itd.), abym powiedziała z całą stanowczością, że nie warto. Bardzo często pytacie mnie o to, czy warto, aby dzieci chodziły na angielski w przedszkolu, dodatkowe zajęcia lub do dwujęzycznego przedszkola. Odpowiedź, tak samo jak w przypadku Novakid, będzie zawsze (ogólnie rzecz biorąc) twierdząca. Zawsze warto, aby dzieci miały jak najwięcej kontaktu z językiem, natomiast prawdziwe pytania brzmią: Czy warto jak na daną cenę? Czy warto w stosunku do naszych oczekiwań?
 

Nauczyciele w Novakid

Zajęcia z Novakid prowadzone są w całości po angielsku. To według mnie największy plus tej platformy. Nieprawdą z kolei jest stwierdzenie, że prowadzą je wyłącznie native speakerzy angielskiego. Za lekcję z native speakerem trzeba dopłacić, natomiast w cenie bazowej lekcje prowadzą nauczyciele z całego świata. Według informacji na stronie wszyscy lektorzy mają dyplomy lub certyfikaty nauczycielskie. Jak z każdą szkołą bardzo wiele zależy od nauczyciela, na jakiego trafi dziecko. Można z kolei wypróbowywać różne osoby, aż trafimy na takie, których akcent, zaangażowanie i prowadzenie lekcji będą dla nas optymalne. Mówiąc, lektor odnosi sią do tego, co oboje z dzieckiem widzą na ekranie. Może też w danej chwili zaznaczać/kreślić/rysować, aby ułatwić dziecku zrozumienie tego, co mówi. Podpiera się przy tym gestami i mimiką (o ile mowa o dobrym nauczycielu). To kolejne plusy tej formy nauki, jakie zaobserwowałam.

Na oficjalnej stronie znalazłam informacje, że w związku z powyższym można mówić o metodzie Total Body Response i to niestety według mnie nie jest do końca prawda. W tej metodzie uczniowie powinni reagować całym ciałem, o czym ciężko mówić siedząc przed ekranem komputera. Pojedyncze instrukcje, aby np. pomachać czy ruszyć ręką (jeśli takowe się pojawiają) to za mało. Kolejny bardzo duży plus: lektorzy zachęcają dzieci do powtarzania i udzielania odpowiedzi na ich pytania. Oczywiście po angielsku. Dzięki temu, że nauczyciele to obcokrajowcy potrzeba użycia języka w mowie jest realna i hmm… nagląca;) W szkole dzieci pytane prze nauczycieli mogą mieć wrażenie,  że jest to sytuacja jednak wymuszona. Trzeba powiedzieć po angielsku, bo pani od anglika tak sobie wymyśliła. Tutaj ta potrzeba jest bardziej naturalna. Dzieci uczą się, że język służy do komunikacji z innymi — nie jest to tylko przedmiot w szkole, którego uczymy się dla samej nauki.


Lekcje Novakid

Wracając do tego, co się dzieje na ekranie: wszyscy nauczyciele prowadzą lekcje zgodnie z odgórnym programem. Każde dziecko idzie lekcja za lekcją w ramach danego poziomu. Dlatego też możliwa jest ciągła rotacja nauczycieli, jeśli mamy akurat taką ochotę: lektor widzi, na której lekcji skończyliście i kontynuujecie naukę, włączając na ekranie kolejną (rotacja nauczycieli ma swoje plusy i minusy). Nie jestem w stanie wypowiedzieć się szerzej na temat samego materiału. Z tego, co widziałam, są to typowo szkolne lekcje oparte na grach, zadaniach, piosenkach (co samo w sobie nie jest złe). Na plus jest znowu nauka całych zdań i zwrotów, a nie gołych słówek. Na początkowych poziomach dzieci utrwalają schematy zdań typu „I have got”, „There is/There are”. Lektorzy podkreślają potrzebę używania przedimków „a/an/the” przed rzeczownikami itd. Dzieci poznają na początku zajęć kreskówką rodzinę, która towarzyszy im w nauce (znają ich imiona itd. dzięki czemu może wzrosnąć ich zainteresowanie i zaangażowanie w lekcje). Lekcja trwa tylko 25 minut, więc dziecko ma szansę utrzymać koncentrację.


Nauka materiału typowo szkolnego ma oczywiście plusy: są to pewne podstawy, które każde dziecko musi opanować. Lekcje dodatkowe wspomagają wtedy też naukę przedszkolną/szkolną. Mnie osobiście (od zawsze) drażni jednak istnienie stałych zestawów słownictwa, które się uczy dzieci zawsze i wszędzie, z pominięciem czegokolwiek, co wychodzi poza te sztywne ramy. Tak jakby wszyscy twórcy kursów i podręczników umówili się z góry, czego uczą, a czego nie. Co mam na myśli? Na wszystkich kursach i we wszystkich podręczników dzieci uczniów jak jest linijka, ale rzadko wspomina się o ekierce czy cyrklu. Dzieci zawsze uczą się, jak jest chomik i papuga, ale rzadko jest mowa o myszoskoczku lub gupikach, które są o wiele częstszymi zwierzakami naszych dzieci niż wspomniane już papugi. Dzieci powtarzają do znudzenia takie owoce jak jabłko i gruszka, ale rzadko kiedy dowiadują, jak jest agrest czy porzeczka. Oczywiście można zgodzić się, że jest to wybór słów najpopularniejszych i koniec — mnie wkurza jedynie to, że dzieci na okrągło uczą się tego samego, a mogłyby się nauczyć o wiele więcej. Teraz w przedszkolu, na dodatkowych zajęciach, a potem w szkole wałują wciąż to samo… — dla mnie to po prostu strata czasu i niewykorzystywanie potencjału dzieci. Niektórzy z Was wiedzą, że zaczęłam pracę nad własnym kursem dla dzieci, i na nim chcę walczyć właśnie z takim podejściem.

Minusy lekcji Novakid

O plusach napisałam już dużo. Największe minusy, jakie dostrzegam to: nie każdemu dziecku spodoba się taki sposób nauki z różnych względów (np. ze względu na nieśmiałość, barierę psychiczną). Jest to nauka przed ekranem, co nie spodoba się każdemu rodzicowi;) Lekcje są krótkie, co jest plusem, ALE nawet jeśli wykupimy lekcje 3 razy w tygodniu, to czasowo wciąż wychodzi bardzo mało. Rodzice, których dzieci uczą się z Novakid od kilku miesięcy, pisali mi również, że dzieci na początku były bardzo na tak, natomiast po jakimś czasie lekcje te zaczęły ich nudzić. Przykładowo: po lekcjach można przejść do strefy gier, na co początkowo dzieci bardzo czekały. Okazało się jednak, że forma tych gier wraz z kolejnymi lekcjami nie zmienia się — co spowodowało, że dzieci są już nimi znudzone i nie biorą tak chętnie udziału w zajęciach. Tu jednak muszę dodać, że dotarło do mnie wiele opinii, że Novakid bardzo dobrze reaguje na wszelki feedback. Możliwe więc, że wkrótce ulepszą także ten aspekt. Kolejny minus to zależność od jakości połączenia internetowego — lekcje mogą mieć „lagi”, zawieszać się (co ponoć nie jest takie rzadkie w zależności od miejsca zamieszkania lektora). Otrzymujemy wtedy zwrot pieniędzy za taką lekcję (kolejny plus dla Novakid), ALE wpływa to jednak na płynność nauki i wrażenia z korzystania z platformy.

Czy dziecko nauczy się mówić po angielsku dzięki Novakid?

Przechodzimy do pytania zasadniczego. Nie ma tu znaczenia, czy mowa jest o Novakid, zajęciach w przedszkolu czy lekcjach metodą Helen Doron. Na przyswajania języka obcego i rozpoczęcie używania go w mowie ma wpływ MNÓSTWO czynników. Są dzieci, do których rodzice mówią od urodzenia po angielsku i wcale nie rwą się do mówienia w tym języku. U nas wystarczyło 3 miesiące, aby synek zaczął tworzyć własne zdania. Ilość i jakość ekspozycji na język, metody nauki, stworzenie pozytywnych skojarzeń i „potrzeby” używania języka w mowie, osobowość i predyspozycje dziecka — to wszystko ma ogromne znaczenie. Nikt nie może zatem jednoznacznie stwierdzić, że „nie, w taki sposób dziecko nie zacznie mówić po angielsku” i ja też unikam takich kategorycznych stwierdzeń. Natomiast moim przekonaniem jest, że same lekcje po 25-30 minut 2-3 razy w tygodniu jakiegokolwiek typu to za mało, aby oczekiwać niesamowitych rezultatów. Tak jak zresztą w przypadku nauki języka wyłącznie z bajek, o czym pisałam tutaj. Natomiast jeśli takie lekcje są jednym ze źródeł języka w życiu dziecka, obok książek, bajek, zajęć w szkole czy przedszkolu — myślę, że to bardzo fajne rozwiązanie zwłaszcza dla rodziców, którzy sami nie są w stanie rozmawiać z dziećmi po angielsku w domu. Jeśli z kolei jesteście w stanie wprowadzać samodzielnie język Waszym dzieciom w domu, to bardzo szybko według mnie Wasze dzieci będą mieć zbyt wysoki poziom na tego typu lekcje — co nie znaczy oczywiście, że nic z nich nie wyniosą. Ja szukałabym wtedy jednak (jeśli zależy Wam na kontakcie z native speakerami/innymi osobami mówiącymi po angielsku i macie na to fundusze) innych rozwiązań. Z tego typu zajęć Wasze dzieci nie nauczą się także raczej codziennego języka — tak samo, jak my się nigdy nie nauczyliśmy go w szkole i na kursach.

Alternatywne rozwiązania

Anglojęzyczna niania, studentka filologii na godziny (do nas przychodzi studentka germanistyki), spotkania z nauczycielem online, ale na zasadzie normalnych lekcji bądź rozmów bez sztywnego programu — lub po prostu darmowe playdates z innymi rodzinami mówiącymi bardzo dobrze po angielsku. Na rynku pojawiają się też coraz to nowe platformy dla dzieci. Ostatnio na Instagramie natknęłam się na fajną alternatywę dla nieco starszych dzieci (7-12 lat). Obejrzałam filmik, w którym twórcy mówią o tym, jak dzieci uczą się języków i jak ich córeczka nauczyła się mówić po angielsku. Mogłabym podpisać się pod tym, co tam mówią, co sprawiło, że ich platforma wzbudziła moje zainteresowanie. Twórcy Vagaru Junior (bo o nich mowa) promują naukę naturalną, daleką od szkolnego drylu. Z tego, co się dowiedziałam, celem jest, aby dzieci miały możliwość wyboru tego, o czym i jak się uczą. Aby dać im moc sprawczą — aby to one same decydowały co robią i brały za to odpowiedzialność. I aby rozumiały, po co im ten cały angielski. Dzieciaki mają w ramach subskrypcji webinary z native speakerami i konwersacje z innymi dziećmi. Nie ma programu, jest po prostu imersja językowa: co poniedziałek pojawia się nowy temat i dziecko ma wybór: co, kiedy i jak chce robić. Dla mnie to wszystko brzmi bardzo dobrze, nie widziałam jednak platformy od środka i nie znam wielu szczegółów. Wskazuję ich jako przykład, że oprócz Novakid na rynku istnieją również inne platformy językowe dla dzieci, które być może warto uwzględnić przed podjęciem decyzji, która z nich sprawdzi się u Was najlepiej.

Jeśli znacie inne fajne miejsca, które chcielibyście polecić innym rodzicom — piszcie śmiało. Jeśli korzystacie z Novakid i chcielibyście podzielić się swoimi wrażeniami — proszę bardzo. Czy uważam, że nawet gdy dziecko uczęszcza na zajęcia, warto w swoim domu praktykować rozmowy po angielsku? TAK, ZAWSZE <3

Wpis (jak wszystkie inne na tym blogu) nie jest sponsorowany.

English Speaking Mum
Wielbicielka i popularyzatorka idei dwujęzyczności zamierzonej w Polsce. Jeśli podobają Ci się tworzone przeze mnie treści, zapraszam Cię do obserwowania mojego konta na Facebooku oraz Instagramie oraz zapisu na newsletter poniżej. Udostępnianie przez Was moich wpisów umożliwi mi dotarcie do większego grona odbiorców i promowanie dwujęzyczności w naszym społeczeństwie.

Zostaw komentarz