Blog

Kitty Kotty czyli Kicia Kocia po angielsku — recenzja

Marzenia polskich rodziców wychowujących dwujęzycznie się spełniły. Jedne z najpopularniejszych polskojęzycznych książek dla najmłodszych zostały przetłumaczone (w całości!) na język angielski.

Książki o Kici Koci mają już w Polsce status pozycji kultowych. Czy słusznie? Według mnie (subiektywnie) — tak.

Rozwój mowy

Nie jestem specjalistką od rozwoju mowy, jednak widzę gołym okiem, dlaczego tak świetnie sprawdzają się u maluchów w tym zakresie: tekst jest dokładnie odzwierciedlony na ilustracjach, proste zdania (zaczynające się bardzo często od imienia głównej bohaterki), rytmiczna treść, powtórzenia itd. Cała masa ciekawego nowego słownictwa, o którym będę jeszcze pisać (strona z ilustracjami przedmiotów zawsze robiła furorę).

Tematyka

Dobór tematów i same historie uważam za bardzo trafione. Nie znalazłam lepszych pozycji dla dwulatka w tym aspekcie: codziennie sytuacje, ale wykraczające poza „sztandarowe” tematy, takie jak odpieluchowanie i wizyta u lekarza. Dzieci razem z Kicią Kocią często po raz pierwszy stykają się z orkiestrą i dyrygentem z batutą, znajdują bursztyn na plaży, budują szafkę dla babci — te proste książeczki pokazują dzieciom świat i uczą nowego słownictwa w skali z jaką nie spotkałam się w żadnej innej serii. Pisząc własne książki o Niko, wiedziałam już, że na pewno chcę, aby tak jak Kicia Kocia poruszały tematy, których nie ma w innych książkach i uczyły słownictwa, którego nie ma w innych książkach. Widziałam na własne oczy, ile moje dziecko z nich wynosi, dlatego jesteśmy dumnym posiadaczami 28 części serii:) Wciąż je trzymam, bo mój 5-latek dalej nie chce się z nimi rozstawać! Marzyłam, aby były dostępne także po angielsku i po niemiecku, podejmowałam próby tłumaczenia a vista podczas czytania… ale o wiele łatwiej było mi po prostu czytać inne książeczki w oryginale. Mając w pamięci to, jak bardzo zależało mi na czytaniu tych samych książek w drugim języku, sama do swoich książek stworzyłam tłumaczenia na niemiecki i hiszpański dla rodziców w podobnej sytuacji.

Minusy serii?

Wiele osób powie, że ilustracje. Samą bohaterkę i jej rodzinę lubię. Rozumiem też pomysł na dziecięcą stylistykę, która będzie atrakcyjna dla dzieci. Osobiście nie podobały mi się nieraz jedynie niewyraźne, dziwnie wyglądające postaci poboczne. Uważam, że grafiki są kwestią gustu i najważniejsze, aby zachęcały maluchy do czytania — a to im się udaje doskonale. Druga sprawa: czytanie zdań zaczynających się w kółko od imienia małej bohaterki bywało bardzo męczące. Ale być może to część ich uroku. Wiem, że niektóre sprytne mamy sobie sprawę w tym aspekcie ułatwiały;) Wy też możecie!

Akademia Kici Koci

Gdy na rynku pojawiły się pierwsze części Kici Koci mające na celu naukę angielskiego, byłam otwarcie zawiedziona. Książki „A day with grandpa” oraz „Playground” zawierają tylko kilka zdań po angielsku jako dodatek do głównego tekstu. Nie na to wszyscy czekaliśmy! Czy same w sobie są złe? Nie. Każda ekspozycja na język jest OK. Już samo to, że są to całe zdania, a nie pojedyncze słówka (jak to zwykle bywa w książkach tego typu), to już ogromny krok do przodu. Jest tego jednak bardzo mało i dalej jest to nauka języka w pewnym oderwaniu. O wiele lepiej według mnie sprawdziłaby się już książka dwujęzyczna, w której stopniowo można odchodzić od wersji polskiej (taki właśnie zamysł mają moje książeczki o Niko w przypadku rodzin zaczynających przygodę z angielskim).

Jakość i naturalność tłumaczenia Kici Koci na język angielski

Gdy dałam Wam znać, że kupiłam Kicię Kocię po angielsku w przedsprzedaży i planuję jej recenzję, otrzymałam wiele wiadomości wyrażających obawę o jakość tłumaczenia. Nie przedłużając: uważam, że jakość tłumaczenia jest bez zarzutu. Przeczytałam każdą część kilka razy. Mimo że wierzę w swoją dobrą znajomość języka, nie uważam się za wszechwiedzącą, dlatego książeczki dałam do przeczytania także moim brytyjskim współpracownicom. Tu chcę podkreślić bardzo ważną rzecz: do każdego tekstu w każdym języku można się przyczepić. Dając ten sam polski tekst do korekty 100 polskim korektorom gwarantuję, że otrzymamy przynajmniej 90 różnych jego wersji. Duża część zmian będzie osobistą preferencją korektora. Czytając Kitty Kotty kilka razy zatrzymywałam się i analizowałam w myślach „jak mi to brzmi”. Wiem jednak, że bardzo często robię tak także czytając oryginalne brytyjskie książeczki np. te wydawnictwa Usborne i dziwię się niektórym rzeczom (bo np. istnieje według mnie bardziej popularny zwrot, albo widzę brak konsekwencji w jakimś wyborze) — pamiętam wtedy, że to nie tak, że zawsze istnieje jedna, jedynie prawidłowa wersja zdania.

Na ostatniej stronie otrzymujemy informację, że „English language advisors” to Keith Stewart i Ewa Grzywaczewska-Stewart (małżeństwo?). Nie mam pojęcia, czemu nie zostali podani jako tłumacze i kto, w takim razie za samo tłumaczenie odpowiada? Nie znalazłam także w Internecie wielu informacji o tych osobach — miło byłoby, gdyby wydawnictwo napisało coś więcej, tak jak o samej autorce serii. Zakładam, że jest to native speaker języka angielskiego i jego żona polskiego pochodzenia (z mgr anglistyki — info z Internetu). Dla mnie osobiście korektor znający oba języki to prawdziwy skarb. Gwarantuje on, że nic nie zgubiło się w tłumaczeniu. Sama korzystam z usług takich korektorów, bo z mojego doświadczenia z pracy nad ebookami English for Mummies and Daddies tłumacze niebędący rodzimymi użytkownikami języka źródłowego mogą nieraz (nie ze swojej winy) źle zinterpretować np. niuanse kulturowe. Książki napisane są w brytyjskim wariancie angielskiego, tak jak sugeruje flaga na okładce.

Moje przykładowe wątpliwości

Czytając część „Kitty Kotty helps to clean” zastanowiłam się np. czemu książeczka zaczyna się czasem przeszłym, a potem przechodzi w czas teraźniejszy. Gdy zerknęłam do oryginału, zdania brzmiały identycznie — a jakoś jako Polka tej pozornej „niekonsekwencji” w ogóle nie zauważyłam, chociaż czytałam książkę milion razy. Widać tutaj dokładnie, o jaki efekt mi chodzi. Gdy zaczynamy się nad czymś za bardzo zastanawiać. Zatrzymałam się nad słowem „crayons”, ponieważ ilustracje według mnie przedstawiają kredki ołówkowe, a nie świecowe. Brytyjczycy na takie kredki mówią „coloured pencils” lub „colouring pencils”, chociaż w niektórych regionach również „pencil crayons”. „Crayons” są słowem dużo krótszym i zgrabniejszym, być może stąd taka decyzja. Czytając opowiadanie „I don’t want to play like that!” zwróciłam uwagę na tłumaczenie zabawy w porywanie księżniczek: „kidnapping princesses”. O wiele lepiej leży mi czasownik „capture”, być może ze względu na Julię Donaldson i jej książki o Zogu, dzięki którym mam tę frazę wpojoną już na zawsze.. Nie ma jednak nic niepoprawnego w pierwotnym tłumaczeniu. Wielu z Was może zdziwić też nieokreślony przedimek „a” przed imieniem Kici Koci w części o sprzątaniu ( „…asks a surprised Kitty Kotty”). Nie jest to błąd. Powodzenia jednak z pytaniem Anglików dlaczego tak jest OK;) Jeśli ktoś znajdzie ten wyjątek w którymś z polskich podręczników do gramatyki, bardzo poproszę o podesłanie. W części „It’s mine” Kicia Kocia robiąc babki z piasku za pomocą foremek robi „sand castles” i to także jest dobre tłumaczenie. Anglicy właśnie tego słowa używają najczęściej. Ja w swoich książkach i materiałach popularyzuję „sand pies”, bo uważam, że o wiele lepiej odzwierciedlają nasze polskie babki z piasku, które uznaję za ważny elementem naszej kultury. To dla mnie taka sama sytuacja jak z różnymi nazwami śniegu u Eskimosów. Naturalnie Anglik powie „snow” i nie będzie kombinował. Jednak gdybym tłumaczyła książeczki dla eskimoskich rodzin chcących wychowywać dzieci dwujęzycznie, starałabym się odzwierciedlić ich kulturę także w języku angielskim. Pewien Amerykanin wykreślił z mojego ebooka słowo „margaryna”, bo w USA jej nie używają. Ale to nie znaczy, że w Polsce przestaniemy jej używać i rozmawiać o niej po angielsku, co nie?

Wątpliwości moich brytyjskich współpracownic

Kołdra w dwóch książkach przetłumaczona jest jako „quilt”. Jedna z Brytyjek stwierdziła, że ona użyłaby określenia „duvet”. Jedna z Brytyjek stwierdziła, że dla niej to słowo brzmi na amerykańskie i woli „duvet”. Jak zwykle okazuje się jednak, że sprawa nie jest taka jasna i oczywista, bo Brytyjczycy używają także tego pierwszego słowa, a osoby znające się na temacie mogą dać wykład na temat różnic między tymi dwoma typami kołder. Niejednokrotnie jednak zdarzało mi się widzieć słowa powszechnie uważane za amerykańskie w brytyjskich książeczkach. Język jest żywy! Zaskoczyło je też użycie słowa „cash register” na kasę (raczej amerykańskie słowo), które jednak na kolejnej stronie zmienia się w brytyjskie „till”. Nie wiem, skąd decyzja na użycie obu słów. Na nauszniki wyciszające powiedziałyby raczej ear defenders, ale earmuffs nie są niepoprawne. Każda miała również drobne uwagi stylistyczne. Każda inne, co potwierdza to, co napisałam wcześniej — osobiste preferencje odgrywają zawsze ogromną rolę.

Tłumaczenie imion

Uważam, że angielskie imię Kici Koci brzmi naprawdę uroczo. Decyzję co do tłumaczenia imion wszystkich bohaterów uważam za dobrą. Pacek jako Pats, Adelka jako Adie i Julianek jako Jules mnie osobiście przekonują. Znam te książki na pamięć: nie czułam zgrzytów, czytając je ponownie po angielsku.

Podsumowanie

Zanim przejdziemy do krytyki, powinniśmy zastanowić się, czy dysponujemy wiedzą uzasadniającą nasze czepialstwo. Czy mamy rację, czy jedynie „wydaje nam się”, że coś powinno być zrobione napisane/zrobione inaczej? Przyczepić można się do wszystkiego, o wiele trudniej docenić czyjąś ciężką pracę. Język to nie równanie matematyczne — nie zawsze istnieje jedna, prawidłowa odpowiedź. Według mnie książeczki zostały przetłumaczone naprawdę dobrze. Zdania brzmią naturalnie, są napisane w dobrych czasach (bez uproszczeń), zawierają naturalne, fajne zwroty. Doceniam to, że wydawnictwo Media Rodzina wyszło naprzeciw potrzebom rodziców oraz dzieci i opracowało dla nas tę bestsellerową serię także w języku angielskim. Uważam, że to bardzo dobre źródło do nauki języka dla naszych dzieci i mam ogromną nadzieję, że będą pojawiać się kolejne pozycje. Nawet gdyby pojawiły się jakieś niedoskonałości, nie jest to koniec świata — mało które książki są od nich wolne i nie ma co się skupiać na ich wyszukiwaniu (znalazłam np. jedną literówkę, ale naprawdę nie uważam, aby to był jakikolwiek problem). Czytajcie na zdrowie! Seria Kitty Kotty to ważny i potrzebny krok naprzód na polskim rynku czytelniczym. Odchodzimy od uczenia dzieci angielskiego, podsuwając im gołe słówka i pojedyncze zwroty. To świetna wiadomość dla nas wszystkich. Trzymam kciuki, aby Kitty Kotty pomogła tysiącom dzieci w nauce języka angielskiego, tak jak to miało miejsce z Kicią Kocią i językiem polskim.

Wpis nie jest w żaden sposób sponsorowany.

English Speaking Mum
Wielbicielka i popularyzatorka idei dwujęzyczności zamierzonej w Polsce. Jeśli podobają Ci się tworzone przeze mnie treści, zapraszam Cię do obserwowania mojego konta na Facebooku oraz Instagramie oraz zapisu na newsletter poniżej. Udostępnianie przez Was moich wpisów umożliwi mi dotarcie do większego grona odbiorców i promowanie dwujęzyczności w naszym społeczeństwie.

2 komentarze

Zostaw komentarz