dwujęzyczność zamierzona

Dwujęzyczność zamierzona – czy nie jest za późno? Wywiad z mamą sześciolatki

Jakie pytanie zadajecie mi najczęściej w wiadomościach prywatnych? Tak, jak już wspomniałam w artykule „Dwujęzyczność zamierzona dla opornych”, najczęściej przewijającym się pytaniem jest: „Czy nie jest dla nas za późno?”. Co ciekawe, pada ono zarówno z ust rodziców kilkulatków, jak i kilkumiesięcznych niemowlaków. Pytanie to może nieco dziwić, jeśli pomyślimy o tym, ile osób uczy się przecież z powodzeniem języków obcych w dorosłym już życiu. W tym przypadku mam wrażenie, że chodzi raczej o słowo „dwujęzyczność”, które w naszych głowach jest zarezerwowane dla osób znających język od wczesnego dzieciństwa i to w sposób dorównujący poziomem jego rodzimym użytkownikom. Po pierwsze, uważam, że powinniśmy raz na zawsze pożegnać się z ideą osób „idealnie dwujęzycznych”, których znajomość obu języków jest na dokładnie takim samym poziomie, niezależnie od tematu rozmowy oraz aktualnej sytuacji życiowej. Po drugie: dwujęzycznym można zostać zawsze. Dzieciom jest po prostu z różnych względów o wiele łatwiej. I chociaż zaczynając ze starszym dzieckiem, może nam być nieco trudniej, to dalej wprowadzanie języków obcych do życia domowego jest możliwe. O czym możecie się przekonać przykładowo, czytając mój wywiad z Dorotą prowadzącą bloga elikeenglish.pl 🙂

Na blog Doroty trafiłam, gdy pewnego dnia wrzuciła na grupę o dwujęzyczności zamierzonej post z linkiem do wpisu opisującego postępy językowe swojej pięcioletniej córeczki. Czytając go, byłam naprawdę pod ogromnym wrażeniem. Przypomniała mi się własna ekscytacja, gdy moje dziecko zaczęło mówić po angielsku. Wystarczyło, że spędziłam na tym blogu kilka minut i wiedziałam już, że Dorota jest nauczycielką z powołania. Spodobał mi się zwłaszcza jeden cytat:

„Język angielski to dla wielu polskich nauczycieli język po części martwy. Uczymy go, ale część z nas zapomina, by otaczać się nim na co dzień. Wolimy polski… bo łatwiej, bo wygodniej. Pamiętajmy jednak, że im mniej angielskiego w nas, tym mniej go w naszych uczniach”.

To dla mnie idealne podsumowanie tego, dlaczego nauka języka przez rodziców w domu tak super się sprawdza. W dwujęzyczności zamierzonej chodzi o naukę języka żywego, codziennego i służącego do komunikacji. Życzyłabym sobie, aby więcej nauczycieli widziało język tak, jak widzi to Dorota. I aby wspierali kiedyś nasze dwujęzyczne dzieci w dalszym rozwijaniu swoich umiejętności, ucząc ich żywego języka, a nie regułek i suchych słówek. Zapraszam na wywiad!

Kiedy i w jakich okolicznościach podjęłaś decyzję o wprowadzeniu języka angielskiego u swojej córki? Czy było to od razu równoznaczne z decyzją o wychowaniu dwujęzycznym?

Od samego początku tj. od narodzin córeczki wiedziałam, że chcę otaczać ją językiem angielskim, ale nie planowałam żadnych konkretnych metod czy strategii. Myślałam na zasadzie: potrafię, więc czemu nie? W tamtym czasie nie interesowałam się jeszcze specjalnie dwujęzycznością. Owszem, mówiłam do córeczki po angielsku, ale nie był to nasz główny język komunikacji. Dopowiadałam, bawiłam się językiem, pokazywałam, że świat można wyrazić inaczej. Decyzja jako taka padła dopiero rok temu, gdy córka skończyła 5 lat. Wtedy już byłam w temacie dwujęzyczności i wiedziałam, że to ostatni dzwonek na poważne zmiany.

Ile lat miała Twoja córka, gdy zaczęłaś działać z angielskim z większą częstotliwością? Na jaki wymiar czasowy się zdecydowałaś? Czy korzystałaś z jakichś strategii? Czy uważasz, że strategie są potrzebne?

Każdy z etapów szczegółowo opisywałam w blogowych relacjach, ale ogólnie rzecz biorąc myślę, że gdy córka miała około 4,5 roku olśniło mnie, że oglądanie bajek po angielsku może nie wystarczyć i zaczęłam poważnie zastanawiać się nad tym, co mogę i co jestem w stanie zrobić, by moje już wtedy podjęte wysiłki we wprowadzaniu języka angielskiego nie poszły na marne. Zadawałam sobie pytania, czy dałabym radę przejść na angielski. Zadawałam sobie wówczas wiele pytań i dużo myślałam nad tym, co dalej. Jestem osobą spontaniczną. Uważam, że elastyczne podejście i pozytywne nastawienie do tego typu wyzwań jest kluczowe dla ich powodzenia. Ja nie zaczęłam używać angielskiego zaraz po podjęciu decyzji. Dałam sobie czas, zaczęłam próbować, co dla nas najlepsze. Najpierw był to tylko wyznaczony czas z językiem obcym, później więcej i więcej bo czułam, że możemy i czułam, że się da. Czy strategie są potrzebne? Mogą pomóc, ale nie uważam, że trzymanie się konkretnych metod, wybór jednej czy umiejętność nazwania wszystkich możliwych słownictwem książkowym cokolwiek zmienia w językowej codzienności. Owszem, znając strategie, myślimy głębiej, rozwijamy się, zmienia się nasz sposób patrzenia. Ja jednak poszłam na całość, gdy nie znałam wielu strategii. Po prostu zaczęłam zmieniać nasz świat na dwujęzyczny.

Co sprawiało Ci największe trudności na samym początku? Czy miałaś chwile, gdy chciałaś zrezygnować?

Trudności i wyzwania stanowiło na pewno słownictwo związane z szeroko rozumianą codziennością. Nieczęsto używałam wyrażeń typu „nie psikaj!” czy „nie wycieraj rączek w sofę”. Dziecięcy świat to przede wszystkim codzienne, nieformalne wyrażenia. Próżno ich szukać na studiach językowych czy w pracy zawodowej. To jest, wydaje mi się, wyzwanie nr 1 dla nas, rodziców praktykujących dwujęzyczność zamierzoną nienatywną.  Wyzwanie nr 2 to na pewno wyjście z językiem poza dom. Niezwracanie uwagi na zainteresowanie czy zdziwienie, jakie wywołuje nasza dziwna rozmowa. Na początku rodzic mówi po angielsku, a dziecko odpowiada po polsku, co często wprawia przechodniów w zakłopotanie lub wywołuje ich różne reakcje. Wyzwanie nr 3 to na pewno przeskakiwanie między językami. Jeśli inne osoby mieszkające z nami używają tylko polskiego, wspólne rozmowy na początku mogą być dość dużym wyzwaniem nie tyle dla dziecka, co dla naszego umysłu stale przeskakującego miedzy językami.

Oczywiście, że miałam chwile, gdy chciałam zrezygnować. Początkowo każdego ranka zastanawiałam się, czy to ma sens. Zmiana języka codziennej komunikacji z mamą to dla 5-latki nie lada wyzwanie. Musiałam poczekać na „zgodę” mojej córki. Gdybym widziała, że reaguje negatywnie przez dłuższy czas, myślę, że nie podjęłabym się tego wyzwania. Proces adaptacji jednak minął, a później było tylko lepiej.

Kiedy zauważyłaś pierwsze efekty? Jak wyglądają rezultaty Twojego mówienia po angielsku do dziecka?

Efekty widziałam już po około miesiącu. Córka rozumiała więcej, takie dobre 60%. O więcej dopytywała. Oczywiście znała już wiele wyrażeń z bajek, które oglądała odkąd skończyła 2,5 roku. Nawet  10 minut dziennie dla takiego maluszka jest świetnym czasem osłuchania się z językiem i jego melodią. Obecnie, po ok. 10 miesiącach, rezultaty są takie, że córeczka rozumie praktycznie 95% tego, co do niej mówię. Oczywiście uczy się też nowych wyrażeń, tak zresztą jak po polsku. Gdy robimy coś, czego wcześniej nie robiłyśmy, uczy się nowego słownictwa. Około dwa miesiące temu zaczęła też tworzyć swoje pierwsze pełne wypowiedzi. Gdy ma ochotę, odpowiada mi po angielsku. Ostatnio w zabawie wybrała angielski, by opowiadać mi swoją wymyśloną historię i byłam zaskoczona, jak świetnie jej to wyszło! Często po dwóch zdaniach po angielsku przełącza się na polski a czasami po prostu odpowiada po polsku. U nas nie ma przymusów, ale zachęcam ją już powoli do przejścia na angielski.

Co jest najtrudniejsze we wprowadzaniu języka u kilkulatków? Jakie miałabyś rady dla rodziców, którzy chcieliby zacząć mówić w obcym języku do swoich kilkuletnich dzieci?

Gdy chcemy przejść na angielski z dzieckiem, które nie jest już całkowicie maluszkiem, wszystko zależy od dwóch czynników. Po pierwsze, czy dziecko miało wcześniej styczność z językiem i w jakim wymiarze. I po drugie, jakie ma nastawienie do innego sposobu komunikacji. Moja córka była osłuchana z językiem angielskim, był on czymś przyjaznym, czymś, czego słuchała od czasu do czasu. Dała mi zatem zielone światło, ale na swoich warunkach. Zanim więc zaczniemy wprowadzać angielski w większym wymiarze, musimy upewnić się, że dziecko jest już z nim osłuchane, kojarzy jego intonację i melodię. Później, obserwując dziecko, możemy zacząć wprowadzać nasze plany w czyn, reagując na to, jak ono się z tym czuje i wyczuwając, kiedy należy się na chwilę wycofać.

Co poradziłabyś rodzicom zmagającym się z dziecięcym buntem na język obcy?

Jedna anglistka, doświadczona i rozwijająca się na wielu frontach, powiedziała mi jakiś czas temu, że jej dziecko tak bardzo nie chciało, żeby mówiła do niego po angielsku, że do dziś nie znosi tego języka. Najgorszą rzeczą, jaką możemy zrobić, to wprowadzać nowy sposób komunikacji na siłę. Tak jest zresztą ze wszystkim, że jak nas ktoś zmusza, to nam się odechciewa. Czy zatem mamy zrezygnować, gdy 5-latek powie, że mu się nie chce lub gdy raz się z tego powodu zdenerwuje, bo nas nie zrozumiał? W to również bym nie poszła. Myślę, że znamy swoje dzieci i wiemy, kiedy dziecko ma naprawdę dość, a kiedy można jeszcze je przekonać, zachęcić. Ja miałam kilka rozmów z moją córeczką, w których tłumaczyłam jej, dlaczego chciałabym, byśmy to zrobiły. To nie mój projekt. To projekt mój i mojego dziecka.

Czy Twoim zdaniem rodzice niebędący nauczycielami także mogą uczyć własne dzieci, a jeśli tak, to pod jakimi warunkami?

W zasadzie fakt, czy ukończyliśmy studia językowe lub czy mamy certyfikaty znajomości języka nie jest tak istotny. Najbardziej istotne jest, na ile znamy język, którym chcemy zacząć porozumiewać się z naszym dzieckiem. Znamy na pewno powiedzenie, że wielokrotnie powtarzane kłamstwo staje się w końcu prawdą. Zatem wielokrotnie powtarzane błędy niełatwo będzie wyeliminować. Jeśli więc język rodzica nie pozwala na swobodną komunikację w języku angielskim, wybrałabym raczej metody wspierania rozwoju językowego poprzez zabawy czy specjalny czas, w którym mówimy po angielsku i do którego rodzic może się językowo przygotować. Przejście całkowicie na komunikację w języku obcym wymaga dobrej jego znajomości, żeby nasza komunikacja z dzieckiem była możliwie najbardziej naturalna i swobodna. Inaczej mogłoby zabraknąć pewnych elementów tak potrzebnych dziecku w rozmowie z rodzicem. Myślę, że warto zastanowić się, na ile potrafię się wyrazić w języku obcym. Jeśli jest całkiem dobrze, wówczas mogę wspomóc się materiałami (jak np. e-booki Justyny), które pomogą mi wyrazić to, czego dziś nie umiem.

Dlaczego Twoim zdaniem warto praktykować dwujęzyczność zamierzoną w swoim domu?

Dlatego, że poprzez praktykowanie dwujęzyczności dajesz dziecku znajomość kolejnego języka w prezencie. Dajesz mu nawet więcej, bo to nie sam język ale i trochę więcej inteligencji i rozwoju intelektualnego oraz szersze horyzonty. Czy to mało? Wg mnie to fantastyczny upominek na całe życie. Gdy przypomnę sobie lata żmudnej nauki języka w szkole, jestem zachwycona, patrząc na moją prawie 6-latkę, która już odpowiada mi poprawnymi gramatycznie zdaniami. Bez regułek, bez sprawdzianów, bez zarwanych nocy. To trochę tak, jakbyś nauczył(-a) się za Was dwoje. Podobno nie można się za nikogo nauczyć, a tu proszę. Można! 😊

Dziękuję Dorocie za rzeczowe i szczegółowe odpowiedzi, z których z pewnością wielu rodziców wyniesie dużo informacji i motywacji. Czy jest na sali rodzic, który zaczynał naukę języka obcego ze starszym dzieckiem? Czekam na Wasze relacje:)

2 thoughts on “Dwujęzyczność zamierzona – czy nie jest za późno? Wywiad z mamą sześciolatki”

  1. Pingback: Dwujęzyczność zamierzona dla opornych - 5 punktów - Dwujęzyczność zamierzona | Wielojęzyczność zamierzona

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *