Blog

CZY METODA DOMANA TO ZABIERANIE DZIECIŃSTWA?

Mam wrażenie, że o metodzie Domana słychać jest coraz głośniej. Coraz większa liczba osób się o niej dowiaduje, jest nią zaciekawiona i postanawia wypróbować ją we własnym zaciszu domowym. Lub też chciałaby wypróbować, ale ma różnorakie obawy.

Są też tacy, którzy z góry ją skreślają, twierdząc, że równa się ona zabieraniu dzieciństwa i porównując do fabryki geniuszy. Z góry uprzedzam, że nie jest to wpis pisany przez eksperta, czy nawet oczytanego teoretyka i długoletniego praktyka w jednym. Nie. Tekst ten pisze mama, która o metodzie Domana usłyszała półtora roku temu i od tego momentu jej elementy wprowadza u siebie w domu. Które i w jaki sposób? Czytajcie dalej.

Jak to się zaczęło?

Jak w ogóle trafiłam na informacje o tej metodzie, której celem jest wspieranie rozwoju od małego? Stało się za to sprawą Agnieszki Basty, autorki bloga teachyourbaby.pl. Na jej bloga trafiłam natomiast w poszukiwaniu informacji na temat dwujęzyczności zamierzonej, którą właśnie rozkręcałam z własnym dzieckiem. Co na pierwszy rzut oka widzi osoba po raz pierwszy stykająca się z dziedzictwem Glenna Domana? Zdecydowanie karty z pojedynczymi słowami do czytania globalnego, a także plansze z kropkami do wprowadzania matematyki intuicyjnej. Jeśli chodzi o mnie, podeszłam do tej metody tak, jak do wszystkiego w moim życiu: z otwartym umysłem i zaciekawieniem, planem zapoznania się z dostępną wiedzą, a koniec końców wzięcia dla siebie tylko tego, co mi osobiście będzie odpowiadać.

Mnie takie podejście bardzo odpowiada i powiem szczerze, że nie lubię trzymania się sztywno reguł w jakiejkolwiek dziedzinie życia. Nie jest możliwe, aby jedna rzecz w niezmienionej formie pasowała wszystkim – za bardzo się między sobą różnimy, w tym nasze potrzeby, oczekiwania i warunki. I co mnie niesamowicie przekonało do twórcy tej metody to właśnie jego słowa. Nie pisze on, że jego metoda jest najlepsza i jedynie słuszna, a każde odstępstwo grozi poważnymi konsekwencjami. Glenn Doman pisze z kolei w swoich książkach wprost, że wszelkie modyfikacje są możliwe i potrzebne, jeśli sam rodzic czuje potrzebę wprowadzenia jakichkolwiek zmian. I takie słowa bardzo rezonują z moim podejściem do życia. Postrzegam skrajność i wszelkie formy fanatyzmu za bardzo ograniczające i niebezpieczne. Nawet będąc zwolennikiem jakiejś idei, wciąż mamy prawo nie zgadzać się z jej poszczególnymi aspektami czy założeniami. I wybierać dla siebie to, z czym my czujemy się dobrze. Widzicie analogię do podejścia do dwujęzyczności?

Zacznijcie od lektury

Książki autorstwa amerykańskiego fizjoterapeuty Glenna Domana i jego współpracowników naprawdę świetnie się czyta. Ja przeczytałam dwie: How to teach your baby to read oraz How to give your baby encyclopedic knowledge. Bardzo podoba mi się, jak autor wypowiada się na temat rodziców, zwłaszcza matek, podkreślając, że to oni są cichymi bohaterami każdego dnia i to im oddając moc uczenia własnych dzieci. Książki te inspirują do wspomagania rozwoju swojego dziecka, nawet jeśli nie jesteśmy przekonani do trzymania się jakichkolwiek wytycznych w nich zawartych. Bez przeczytania książek nie do końca zrozumiecie, o co chodzi w filozofii Domana, opierającej się na wierze w niesamowite możliwości i potencjał każdego dziecka. Nie zrozumiecie słynnego już cytatu, który tak lubi powtarzać Aga Basta:

Magia tkwi w dziecku, nie w kartach

Osoby które myślą, że wystarczy kupić/zrobić karty, napisać wyrazy i zacząć przekładać je dziecku przed oczami, bardzo szybko się poddają lub przychodzą na domanową grupę z kolejnym takim samym pytaniem z rzędu: „Co robię nie tak?” „A czy mogę zrobić tak a tak?” „A czy jak pokażę tak i tak to czy to dalej zadziała?”. Gdyby przeczytały cokolwiek z tego, co napisał Glenn Doman wiedziałyby, że większość problemów wiąże się z tym, że nie patrzą na swoje dziecko, tylko na dane w sugerowanym harmonogramie i nie przyjmują do wiadomości, że nie ma jednego sposobu „aby wyszło”, bo jest on indywidualny dla każdej rodziny.

Które programy?

To w metodzie Domana nie chodzi tylko o czytanie globalne? Oj nie, programów jest kilka. Musicie wiedzieć, że metoda ta powstała przede wszystkim w celu wspomagania rehabilitacji dzieci z uszkodzeniem mózgu. Została ona jednak rozszerzona na dzieci zdrowe, a celem jej ma być optymalna stymulacja potencjału mózgu dziecka. Do mnie najbardziej przemówiły czytanie globalne oraz programy inteligencji, więc to właśnie ich elementy postanowiłam wypróbować u nas w domu (otarliśmy się też o matematykę). Od początku, nie patrząc na harmonogramy i tabelki – po swojemu – tak jak w przypadku naszej dwujęzyczności zamierzonej. Strategia bez strategii. Na luzie. Zaczynaliśmy w wieku 2 lat, więc karty niemal od razu robiłam sama (kupiłam na szybko używany zestaw kart, aby móc zacząć zanim przeczytam książkę, ale teraz wiem, że nie był to potrzebny krok). Maluchy ze względu na słabszy wzrok potrzebują większych liter, stąd konieczność posługiwania się tymi większymi, dłuższymi i mało poręcznymi kartonikami. Rodzicom starszaków polecam po prostu drukować słowa na kartkach A4. Ale po więcej technicznych szczegółów odsyłam na bloga teachyourbaby.pl, bo ten wpis nie ma na celu dostarczania tego typu informacji. Z kilku względów: nie dbam za bardzo o szczegóły techniczne w takich sprawach, wolę kierować się intuicją. Jestem raczej cichą wielbicielką tej idei wiary w potencjał dzieci od narodzin, natomiast nie wszystko do mnie trafia, abym mogła zostać ambasadorką metody. Jaki zatem cel przyświeca temu wpisowi?

Wspomaganie rozwoju czy nadambicja?

Może ktoś z Was jeszcze o tej metodzie nie słyszał? Może ktoś myślał, że jest tylko dla maluszków lub odwrotnie – dla starszaków? Może kogoś tematem wspierania rozwoju małych dzieci zainteresowałam i zachęciłam do poszukania informacji na ten temat? Taki był mój cel, bo uważam, że naprawdę warto. Dlaczego? Bo każde nasze działanie z dzieckiem, które ma na celu zaciekawienie go światem, nauczenie czegoś nowego, spędzenie razem czasu na czymś pobudzającym intelektualnie i nie tylko – moim zdaniem niesie ze sobą ogromne korzyści. Niezwykle inspirujące są wzmianki Glena Domana o dzieciach z instytutu, czy chociażby domanowanych dzieciach u nas w Polsce, o których można poczytać w wywiadach u Agnieszki Basty na jej blogu. I tu moim zdaniem warto podkreślić: w tej metodzie? (ani, na dobrą sprawę, ogólnie we wczesnej edukacji dzieci) nie chodzi o tworzenie geniuszy i startowanie w wyścigu szczurów, czyli czyje dziecko będzie „bardziej” i „szybciej”. Dla mnie sama taka myśl jest absurdalna. Tak jakby istniał limit, że dzieci wolno uczyć kolorów i odgłosów zwierzątek, a wszystko co ponadto to „zabieranie dzieciństwa” i nadambicja rodziców. Robienie z nauki tortur i cierpienia to domena tych, którzy nie widzą w nauce wspaniałej zabawy, radości i w sumie jednego z celów w życiu. I to uważam wyłącznie ich problem.

Metoda Domana a nauka języków

Piszę na swoim blogu o tej metodzie także dlatego, bo uważam, że stanowi świetny sposób na rozszerzanie słownictwa w obcych językach. Coś co przed jej poznaniem nazywałam kartami obrazkowymi, teraz wiem, że równie dobrze mogę nazwać bitami inteligencji (oczywiście te ostatnie muszą spełnić trochę technicznych wymogów). Chodzi o wyraźną, realistyczną ilustrację przedstawiającą element naszego świata z jednoznacznym podpisem – najlepiej na drugiej stronie, aby prezentacje można było połączyć z nauką czytania globalnego. Pisałam więcej na ten temat we wpisie Dlaczego karty obrazkowe mają moc. Moim celem w dwujęzycznym wychowaniu jest umożliwienie dziecku rozmowy na te same tematy w obu naszych głównych językach. W celu usystematyzowania naszej wiedzy i słownictwa z pomocą przychodzą nam właśnie takie karty (przy okazji zachęcając dziecko do samodzielnego czytania, co może mu oszczędzić sporego wysiłku w przyszłości). Aby ten wpis nie wyszedł za długi, nasze doświadczenia z poszczególnymi programami opiszę w kolejnej części. Natomiast Was żądnych wiedzy chciałabym odesłać do kilku miejsc:

Zapraszam również do pobrania darmowych kart mogących służyć jako bity inteligencji oraz książek do czytania globalnego tutaj. Do wyboru karty angielskie oraz niemieckie. Do usłyszenia w kolejnej części wpisu. Napiszcie koniecznie, czy kiedykolwiek słyszeliście o tej metodzie.

English Speaking Mum
Wielbicielka i popularyzatorka idei dwujęzyczności zamierzonej w Polsce. Jeśli podobają Ci się tworzone przeze mnie treści, zapraszam Cię do obserwowania mojego konta na Facebooku oraz Instagramie oraz zapisu na newsletter poniżej. Udostępnianie przez Was moich wpisów umożliwi mi dotarcie do większego grona odbiorców i promowanie dwujęzyczności w naszym społeczeństwie.

Zostaw komentarz